Gdyby ustawa o sieci szpitali (która zagwarantuje lecznicom, które się w niej znajdą, lepsze kontrakty) weszła w życie dzisiaj, szansę, by się do niej dostać, miałyby na Pomorzu jedynie dwa szpitale: w Kościerzynie i w Chojnicach. Tak przynajmniej wynika z dogłębnej analizy, którą – w ramach testowania projektu ustawy – eksperci i samorządowcy z Pomorskiego zaprezentowali w Warszawie ministrowi Relidze.
Członkowie delegacji pod wodzą marszałka Jana Kozłowskiego postulowali zgodnie – trzeba zmienić nazwę ustawy, z "ustawy o sieci" na "ustawę o jakości". Po co? – Bo to zabezpieczy interesy pacjentów – odpowiadają zgodnie.
– Według wstępnego projektu, sieć miała być tworzona "mechanicznie" – tłumaczy Jan Kozłowski.
Dyrektorzy mieli zgłaszać szpitale.
Marszałek czy wojewoda występować o wpisanie placówki do sieci, do ministra zdrowia. Następnie minister miał to "przyklepać". Lecznica, która by się do niej raz dostała, miałaby święty spokój.
– Tymczasem powinno być inaczej; najważniejszym kryterium ma być nie wielkość szpitala, a jakość świadczonych przez nie usług, bo tylko ona gwarantuje chorym bezpieczeństwo – przekonuje marszałek. – Ponadto "kandydat" do sieci musi się bilansować. Jego stare długi zostaną prolongowane, nawet na dwadzieścia lat. Szpitale, które spełnią te warunki, po przekształceniu np. w spółki prawa handlowego, wystartują od zera. Mogą też liczyć na lepsze kontrakty.
Tymczasem, wbrew przekonaniu większości dyrektorów, pomorskie szpitale pod względem jakości leczenia pozostawiają wiele do życzenia. Z ankiet rozesłanych do publicznych placówek wynika, że mamy same superlecznice. Jest to jednak tylko subiektywna ocena ich dyrektorów.
– Obiektywna prawda jest jednak zupełnie inna – twierdzi Mirosław Górski, dyrektor NFZ na Pomorzu. – To, czy szpital leczy na dobrym, czy fatalnym poziomie, rzetelnie może ocenić jedynie niezależna instytucja, jaką jest Centrum Monitorowania Jakości w Krakowie. Zweryfikowała ona wyrywkowo lecznice na Pomorzu. Według CMJ – samooceny dyrektorów były zawyżone nawet o 30 procent.
Pełne akredytacje Centrum Monitorowania Jakości uzyskały jak dotąd jedynie dwa szpitale – w Kościerzynie i w Chojnicach. To "pewniaki" do sieci. Spore szanse, by się w niej znaleźć, ma też Szpital Morski im. PCK w Gdyni Redłowie, bo zdobył certyfikat ISO. Fatalnie z jakością leczenia – według dyrektora Górskiego – jest w Akademickim Centrum Klinicznym AMG i Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku. A to oznacza, że te placówki nie są dla chorych bezpieczne.
Jak się zadłużą, to zbankrutują
Z Janem KozŁowskim, marszałkiem województwa pomorskiego, rozmawia Jolanta Gromadzka-Anzelewicz
– Jak powinna wyglądać "idealna" sieć szpitali na Pomorzu?
– Dążymy do takiego modelu opieki zdrowotnej, w którym każdy mieszkaniec miałby poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego, niezależnie od tego, czy mieszka w Trójmieście, czy w małej miejscowości gdzieś w terenie. Dziś te różnice są olbrzymie. Nie oznacza to jednak, że wszystko pacjent powinien mieć na miejscu. Zakładamy, że do świetnie wyposażonego szpitala specjalistycznego będzie musiał dojechać, nawet 30 -50 kilometrów.
– Do czego dopasować ten model – do potrzeb pacjentów czy do pieniędzy, jakie są na zdrowie?
– I do potrzeb pacjentów, i do pieniędzy. Być może szpitale będą mogły pobierać opłaty od pacjentów za separatkę czy lepsze jedzenie i w ten sposób "dorabiać".
– Załóżmy, że rząd "oddłuży" szpitale. Czy wierzy pan, że nie będą się na nowo zadłużać?
– Lepiej by było, gdyby stawka za określoną procedurę, na przykład operację wyrostka, wzrosła, ale to nie zależy ode mnie. Jeżeli jednak zostanie ustalona, szpital musi wiedzieć, że koniec z zadłużaniem. Placówka, która popadnie w długi, upadnie. Będzie przyzwolenie przekształcania szpitali w spółki prawa handlowego. A te, jak nie dadzą sobie rady, zbankrutują.