Wybierz region

Wybierz miasto

    15 lat temu prom Heweliusz przegrał z wiatrem

    Autor: Beata Jajkowska, Jacek Sieński

    2008-01-14, Aktualizacja: 2008-01-14 10:38

    Prom "Jan Heweliusz" wypłyną 13 stycznia 1993 roku o godz. 23 ze Świnoujścia do Ystad w Szwecji, mając na pokładzie 64 członków załogi i pasażerów oraz 28 samochodów ciężarowych TIR i 10 wagonów kolejowych.

    Prom "Jan Heweliusz" wypłyną 13 stycznia 1993 roku o godz. 23 ze Świnoujścia do Ystad w Szwecji, mając na pokładzie 64 członków załogi i pasażerów oraz 28 samochodów ciężarowych TIR i 10 wagonów kolejowych. Wiejący wtedy wiatr o sile 9 st. Beauforta nie był dla statku na tyle dużym zagrożeniem, aby miał on pozostać w porcie. Jednakże następnego dnia, gdy prom minął niemiecką wyspę Rugia, w jego wysoką burtę uderzył nagle huraganowy wiatr i wysoko spiętrzone fale. Sztorm osiągnął siłę 12 st. Beauforta. O godz. 4 statek zaczął się coraz bardziej przechylać. Przed godz. 5, po której już tonął, nadał jeszcze sygnał wzywania pomocy.






    Mszą świętą w bazylice Mariackiej, w intencji ofiar katastrofy "Jana Heweliusza", rozpoczęły się w sobotę uroczyste obchody 15 rocznicy jego zatonięcia. Do Gdańska przybyli członkowie rodzin oraz przedstawiciele szczecińskiego armatora EuroAfrica, Ministerstwa Infrastruktury, administracji morskiej i Marynarki Wojennej. Po mszy złożono wieńce i kwiaty pod pomnikiem "Tym, którzy nie wrócili z morza", stojącym na wyspie Ołowianka, w pobliżu spichlerzy Centralnego Muzeum Morskiego, w centrum historycznego portu gdańskiego nad Motławą.


    - Pamiętam bardzo dobrze dzień zatonięcia "Jana Heweliusza" - powiedziała kpt. ż.w. Anna Wypych- Namiotko, wiceminister infrastruktury. - Byłam wówczas w załodze statku "Inowrocław", który płynął z Anglii do Gdyni i uczestniczył w akcji ratunkowej na Bałtyku. W katastrofie zginęli także moi koledzy. Mam nadzieję, że ta jedna z najpoważniejszych katastrof w dziejach naszej marynarki handlowej będzie w przyszłości skutkowała wypracowaniem wyższych standardów bezpieczeństwa żeglugi, zarówno przez administrację morską, jak i resort infrastruktury, który jest odpowiedzialny między innymi za gospodarkę morską. Pragnę zadeklarować, że ministerstwo będzie uwzględniać wszystkie sugestie dotyczące działań na rzecz poprawy stanu bezpieczeństwa żeglugi i podejmie takie działania z własnej inicjatywy. Trwają już prace nad nowelizacją ustawy o izbach morskich. Definiowaniem przyczyn katastrof morskich będzie zajmować się komisja złożona z ekspertów. Nowe uregulowania prawne, zgodne z obowiązującymi w Unii Europejskiej, pozwolą na skuteczne odwoływanie się od postanowień izb i na przyznawanie rodzinom ofiar katastrof morskich odszkodowań.

    Podczas uroczystości przed pomnikiem przypomniano inne tragiczne wydarzenie w dziejach naszej floty handlowej, a jego ofiary uczczono minutą ciszy. Przed 43 laty, 11 stycznia, zatonął na Morzu Północnym z całą, trzydziestoosobową załogą statek "Nysa".

    Takich tragedii morskich było wiele. Gdański pomnik (podobnie jak miejsca w Szczecinie i w Gdyni) ma umożliwiać rodzinom ofiar katastrof składanie kwiatów, każdego 1 listopada i w kolejne ich rocznice.







    Awarie i pożar przed zatonięciem

    Jerzy Litwin, dyrektor Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku

    - Na uroczystości ze Szczecina przyjechała do nas duża grupa osób - to część rodzin ofiar katastrofy oraz przedstawiciele firmy EuroAfrica Linie Żeglugowe, kontynuującej działalność szczecińskiego zakładu Polskich Linii Oceanicznych, armatora promu. Powodem zorganizowania uroczystości rocznicowej w Gdańsku jest symboliczny wymiar naszego pomnika "Tym, którzy nie wrócili z morza", a szczególnie - gdy chodzi o katastrofę "Jana Heweliusza". Jego elementem jest jedna z oryginalnych kotwic promu, wydobyta przez ekipy Polskiego Ratownictwa Okrętowego z wraka i przekazana naszemu muzeum.
    My użyczyliśmy ją miastu, które wzniosło pomnik, odsłonięty 14 stycznia ubiegłego roku.
    Prom kolejowo-samochodowy "Jan Heweliusz", zbudowany w roku 1977 przez norweską stocznię, nie miał dobrej opinii wśród marynarzy. Zastrzeżenia budził system balastowy i konstrukcja nadbudówki. Od momentu wejścia do eksploatacji do zatonięcia odnotowano na nim wiele awarii, a w roku 1986 roku - pożar.
    Również w dniu wypłynięcia w feralny rejs do Ystad, na statku uszkodzeniu uległa wjazdowa furta rufowa. Prom opuścił port w Świnoujściu z opóźnieniem. Dowodził nim kpt. Andrzej Ułasiewicz, który zginął w katastrofie wraz z innymi 19 członkami załogi i 35 pasażerami. Uratowano zaledwie 9 osób.
    Rodziny ofiar, nie mogąc pogodzić się z postanowieniami w sprawie katastrofy naszych izb morskich, odwołały się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w 2005 roku przyznał im odszkodowania za straty moralne.


    Gdy zbliża się 10 stycznia dwadzieścia osiem rodzin nie może oprzeć się wspomnieniom. Tego dnia, choć w różnych latach, zatonęły dwa polskie statki. W 1965 r. grobowcem dla m/s „Nysa” stało się Morze Północne. Dziesięć lat później w duńskim porcie na dno poszedł trawler „Brda” gdyńskiego Dalmoru. W pierwszej katastrofie zginęło 18 marynarzy, w drugiej – 10. Równie fatalny dla polskiej żeglugi był 8 lutego. W 1985 r. na dno poszło „Busko Zdrój” z 24 marynarzami, dokładnie 12 lat później morze zabrało „Leros Strenght”, a z nim 20 członków załogi.
    Inne dni nie przynosiły podwójnych katastrof, choć pojedynczych było wiele. A wśród nich ta najtragiczniejsza, która pochłonęła najwięcej ofiar. Dzisiaj mija 15 lat od zatonięcia promu "Jan Heweliusz", kiedy to życie straciło 55 osób. Sześć dni później smutną rocznicę obchodzić będą bliscy 20 marynarzy, którzy w styczniu 1983 r. zatonęli wraz ze statkiem „Kudowa Zdrój”. Luty też pogrąży w żałobie marynarską brać. Bolesne rocznice uczczą rodziny ofiar z "Buska Zdroju", "Leros Strenght" oraz najbardziej tajemniczej katastrofy ostatnich lat - m/s "Kronosa". Pierwsze dwa miesiące roku to najgorszy czas dla naszej floty.
    - Jednak nie oskarżałabym za ten stan rzeczy wyłącznie pogody - mówi Barbara Cygan, dyrektor Oddziału Morskiego Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Gdyni. - Sztorm - nawet ten największy - nigdy nie jest winien sam. Muszą do niego dołączyć inne czynniki, a wówczas sztorm tylko dokończy sprawę. Gdy podajemy ostrzeżenie o bardzo silnym wietrze, dowództwo statku powinno przygotować się na najbardziej ekstremalne warunki. To dobra marynarska praktyka, bo lepiej dmuchać na zimne...
    Tajemnica "Kronosa"
    Niewiele o nim pisano, niewiele w jego sprawie wyjaśniono. „Kronos” pewnie pozostanie zagadką na miarę Trójkąta Bermudzkiego, choć dramat rozegrał się po sąsiedzku - u wybrzeży Hiszpanii lub Portugalii. 21 lutego 1989 r. spory masowiec z 19 Polakami na pokładzie, dowodzony przez greckiego kapitana, zaginął bez śladu. Choć od tragedii mija właśnie 19 lat na portalu internetowym fundacji "Ostatni Rejs" nie milkną wpisy. Krewni marynarzy z „Kronosa” chcą powspominać i dowiedzieć się czegoś… Bo dziś wiadomo tylko tyle, że 21 lutego 1989 r. statek wypłynął z Antwerpii, przeszedł przez cieśninę Dover kierując się do Algeciras (południowa Hiszpania). Następnego dnia kapitan wysłał telegram, że statku można się spodziewać w Algeciras 26 lutego o godzinie 14. Potem przyszedł raport, iż masowiec wszedł w strefę gwałtownego wiatru o sile 11 stopni, walczy ze sztormem i nie posuwa się ani na milę, więc jego przybycie opóźni się o jeden dzień. 26 lutego po południu był jeszcze telefon od kapitana, a potem zapadała cisza. Dwa dni później Centrum Koordynacyjne Ratownictwa Morskiego w Lizbonie rozpoczęło poszukiwania "Kronosa". Kontynuowano je aż do 13 marca, jednak nie odnaleziono ani statku, ani wraku, ani ciał marynarzy. W maju Lloyds uznał statek za utracony.
    - Tylko tyle z raportu dowiedziały się rodziny, które utraciły bliskich – mówi Sylwia Borkowska z fundacji "Ostatni Rejs" z Wolina, która od trzech lat pomaga ludziom morza. - Postępowanie było krótkie. Jako przyczynę podano utracenie stateczności i złe warunki atmosferyczne. Badanie sprawy tajemniczego zniknięcia statku zawieszono do chwili pojawienia się nowych dowodów w sprawie. A takowych nie ma, bo na żaden ślad "Kronosa" nikt od 19 lat się nie natknął.
    Dziwny list z "Nysy"
    Na zatonięcie drobnicowca m/s „Nysa” u wybrzeży Norwegii 10 stycznia 1965 r. trochę światła rzuciła Izba Morska w Szczecinie, która badała sprawę. Nadal jednak o przyczynach tragedii wiadomo niewiele. W jej orzeczeniu znalazło się stwierdzenie, że „Nysa” była zdolna do żeglugi, zaś akcja ratunkowa prowadzona była w sposób prawidłowy. Pojawiło się przypuszczenie, że statek został źle załadowany w szkockim porcie, a za najbardziej prawdopodobną przyczynę zatonięcia uznano przesunięcie ładunku. Wiadomo, że feralnego dnia szalał sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta, a fale sięgały 12,5 metra wysokości. I tyle wiedzy...
    „Nysa” płynęła ze szkockiego portu Leith do Oslo, wioząc 650 ton szyn kolejowych. O godz. 22.33 norweski statek „Berby” zauważył jednostkę, z której dawano sygnały świetlne SOS. Gdy dziesięć minut później Norwegowie dotarli na miejsce niczego już tam nie było. Dzień później natrafiono na resztki szalupy i koło ratunkowe, a cztery dni później na zwłoki siedmiu marynarzy. Ciał pozostałych 11 nigdy nie odnaleziono. Rodziny o tragedii dowiedziały się z Radia Wolna Europa, w Polsce zapanowało milczenie. Dopiero, gdy w eter poszła pełna lista ofiar, armator przyznał, że doszło do katastrofy, a jako przyczynę podał... wpłynięcie na minę.
    Zagadką „Nysy” był przez pewien czas list w butelce, znaleziony na plaży w Ustce trzy lata po tragedii. Ktoś dziecięcym charakterem pisma naskrobał: „Statek nasz załadowany jest szynami, mocno przeładowany, ogromny sztorm. Wiem, że nie ma dla nas ratunku, fale zalewają statek, silniki przestały pracować, a wraz z nimi pompy. Próbowaliśmy spuścić szalupę. Woda zalewała ją jednak. Statek pogrąża się coraz bardziej w głębinę. Dalej nie mogę pisać. M/s „Nysa” 1965 r." Przez wiele lat był on w posiadaniu rodziny z Gdyni, której ktoś bliski na "Nysie" utonął. Od początku jego wiarygodność była wątpliwa. Statek nie tonął godzinami, jak "Titanic". Poszedł na dno tak szybko, że nawet nie zdążono spuścić tratwy, a co dopiero pisać listy! Znalezisko w tym roku zbadał grafolog. Stwierdził, że nie napisał go nikt z załogi "Nysy".
    Pechowe "zdroje"
    Gdy 20 stycznia 1983 r. na Morzu Śródziemnym poszła na dno „Kudowa Zdrój”, pociągając za sobą 20 członków załogi (8 uratowano), znawcy tematu twierdzili, że to dopiero początek serii. Wystarczyły dwa lata. 8 lutego 1985 r. na Morzu Północnym zatonęło „Busko Zdrój”. Oba drobnicowce należały do serii 12 statków wykonanych dla PLO w Gdyni. Budowała je niewielka rumuńska stocznia Turnu Severin. Choć istniała od stu lat, nigdy wcześniej nie powstawały w niej statki pełnomorskie. Wszystkie jednostki serii nosiły nazwy polskich uzdrowisk i wszystkie... były mało stateczne. Przy silnym falowaniu wpadały w potężne przechyły, mogące się skończyć przewróceniem stępką do góry. Tak było w przypadku „Buska”, na którym podczas silnego sztormu przesunął się wadliwie przymocowany ładunek. Statek przewrócił się i błyskawicznie poszedł na dno. Wszystko stało się tak szybko, że załoga nie zdążyła użyć tratw ratunkowych. 25 marynarzy (przeżył jeden) znalazło się w lodowatej wodzie, mają swój symboliczny pomnik na cmentarzu w Gdyni Witominie, bo ich ciał nigdy nie odnaleziono. Izba Morska w Gdyni winą za katastrofę obarczyła załogę, która jej zdaniem, nie użyła środków wzywania pomocy i nie umiała obsługiwać tratw ratunkowych.
    "Zdroje" były pechowe. Jeszcze przed rokiem 1983, kiedy zatonęła „Kudowa”, zanotowano aż 18 niebezpiecznych przechyłów tych statków na jedną z burt. „Kudowa” była ostatnim ze zwodowanej dwunastki. Przez jakiś czas służyła jako... magazyn części zamiennych dla innych jednostek tej serii. W 1974 r. omal nie zatonęła podczas sztormu na Morzu Północnym. Dotarła wtedy do portu asekurowana przez kilka innych jednostek. Dziewięć lat później nie miała takiego szczęście, poszła na dno w 20 minut. Dochodzenie, które w maju 1983 r. toczyło się przed Izbą Morską w Gdyni nie wyjaśniło przyczyn. Wskazywano jedynie nadmierne obciążenie i nieprawidłowe rozmieszczenie ładunku.
    Puste tratwy z "Leros Strenght" na falach
    "Czubatkę" - polski statek rybacki - która zatonęła 19 maja 1955 r. na Morzu Północnym zabierając na dno 14 rybaków, mało kto dziś wspomina. Podobnie jak "Cyrankę", na której w tym samym czasie zatonęło 12 osób. Pięć statków tej serii powstało w rumuńskich stoczniach w ramach reparacji wojennych. Tylko jeden z nich nie zatonął...
    Burza na temat bezpieczeństwa ludzi pływających na statkach rozpętała się natomiast po zatonięciu 8 lutego 1997 r. u wybrzeży Norwegii, około 30 mil na zachód od portu Stavanger, cypryjskiego masowca „Leros Strenght”, należącego greckiego armatora. Utonęło 20 marynarzy, większość pochodziła z Trójmiasta. Statek pływał pod tzw. tanią banderą, pod adresem której padło wiele zastrzeżeń. "Leros" płynął z Murmańska do Polski w sztormie, fale sięgały 6 metrów. W ładowniach miał apatyty – surowiec do wyrobu nawozów sztucznych. Na dno poszedł błyskawicznie. W lodowatej wodzie marynarze nie mieli żadnych szans, choć pierwsza norweska jednostka przybyła na ratunek już 50 minut po wypadku. Statkiem dowodził 56-letni kpt. Eugeniusz Arciszewski, ojciec senator Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk. Około godziny 7.50 kapitan wysłał przez radio wezwanie o pomoc. Poinformował, że statek nabiera wody przez dziurę w dziobie. Po trzech minutach rozmowa z ośrodkiem ratownictwa została przerwana. Na poszukiwanie rozbitków wysłano śmigłowiec i siedem statków. Pilot znalazł jednak na powierzchni morza bąble powietrza i rozlany olej napędowy. Na falach unosiły się kamizelki ratunkowe i dwie puste tratwy. Widział także tablicę z nazwą statku.
    - Długo łudziłam się, że tata żyje. Właściwie czekam na niego do tej pory i nadal czuję, jakby był w długim rejsie - mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk. - Mam wrażenie, że pewnego dnia zapuka do drzwi. Trochę uspokoiłam się niedawno, gdy mi się przyśniło, że na mostku kapitańskim uderzył się w głowę i nie czuł jak tonie. Dnia tragedii nie zapomnę do końca życia. Uczyłam się wtedy w Szwecji. Nad ranem obudził mnie okropny wiatr. Potem okazało się, że gwałtownie zawył właśnie o tej godzinie, kiedy ginął mój ojciec. W ogóle wokół tej śmierci jest tyle symboli... To miał być jego ostatni rejs przed emeryturą, popłynął wyłącznie na prośbę armatora, z którym był związany od wielu lat. W czasie podróży pociągiem do Warszawy skradziono mu pieniądze i dokumenty, w tym książeczkę żeglarską. Dokumenty znalazły się, niestety. W Warszawie ojciec odwiedził swoich braci i siostry, tak jakby się żegnał...
    Na Cmentarzu Witomińskim stoi pomnik marynarzy, którzy zginęli na "Leros Strenght" - symboliczny, bo ich ciał nigdy nie odnaleziono. Tam co roku rodziny zanoszą kwiaty, złożą je też 8 lutego. - To tylko pomnik - mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk. - My, wspominając ojca, patrzymy daleko w morze. Powinnam tego morza nienawidzić, ale tak nie jest.
    Rok przed katastrofą na "Leros Strenght" portowi kontrolerzy w Rotterdamie wykryli aż 11 usterek technicznych. American Bureau of Shipping umieściło frachtowiec na czarnej liście, bo nie przeszedł badań technicznych. Po trzech latach śledztwa gdańska prokuratura uznała, że do zatonięcia doprowadziły fatalny stan techniczny i zła pogoda. 12 wdów po polskich marynarzach rozpoczęło walkę o odszkodowania. Lata minęły, zanim doszły swego przed sądami na Cyprze, gdzie zawarto z nimi ugody.
    Powstanie raport o "Heweliuszu"
    Batalię o odszkodowania latami toczyły też wdowy po marynarzach, którzy zginęli w katastrofie promu "Jan Heweliusz" 14 stycznia 1993 r. Krystyna Ostrzyniewska, wdowa po cieśli okrętowym, pieniędzy się zrzekła. - To nie było odszkodowanie, a jałmużna - mówi. - Armator promu, spółka Euroafrica, za śmierć męża zaproponował mi 5 tys. zł. Wiem, że inne kobiety dostały nawet po 50 tys. zł. Nie mam już siły walczyć w sądach i nie chcę żadnych pieniędzy.
    "Jan Heweliusz" zatonął w drodze ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad, 15 mil od półwyspu Arkona. Jego katastrofa była największą z tragedii, jakie stały się udziałem polskich statków w czasach pokojowych. Zginęło 55 osób - 20 marynarzy i 35 kierowców TIR-ów. Dziewięć osób uratowano. W noc tragedii wiatr wiał z szybkością 180 km na godzinę i powodował fale, których wysokość przekraczała 6 metrów. Izby Morskie - szczecińska, gdyńska oraz odwoławcza w Gdyni - przez sześć lat zajmowały się badaniem przyczyn wypadku. Ostatecznie Odwoławcza Izba Morska w Gdyni 26 stycznia 1999 r. nie wskazała winnych. Ustalono jedynie, że przyczyną zatonięcia był błędny manewr nawigacyjny. Uznano, że prom miał wady konstrukcyjne, a także m.in. uszkodzoną furtę rufową, co było efektem uderzenia w nabrzeże w Ystad. Ustalono, że "Heweliusz" feralnego dnia w ogóle nie powinien wyjść w morze, a ponadto, że prom także podczas poprzednich rejsów był prawdopodobnie niezdolny do żeglugi.
    Wdowy złożyły skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i w 2005 roku wygrały proces z państwem polskim. Trybunał stwierdził, że postępowania wyjaśniające przyczyny tragedii były stronnicze, zwrócił uwagę, że izba morska w postępowaniu pełniła rolę zarówno prokuratora, jak i sędziego, a jej wyroki nie powinny być niepodważalne.
    - Teraz powinno dojść do nowego procesu - uważa kpt. Marek Błuś, wykładowca z Akademii Morskiej w Gdyni, który od lat zarzuca błędy przy badaniu przyczyn katastrofy. - Nie ma obecnie żadnego orzeczenia odnośnie zatonięcia promu, bo to ostatnie, wydane przez Odwoławczą Izbę Morską w Gdyni, zostało przez Trybunał anulowane.
    Marek Błuś oraz pełnomocnicy wdów zarejestrowali w ubiegłym roku stowarzyszenie. Chcą wyjaśnić wszelkie wątpliwości związane z katastrofą, a tych jest wiele. - Do końca 2008 roku chcemy sporządzić raport, który powiąże wszystkie fakty - mówi Błuś. - Wydamy go w postaci broszury i poddamy pod osąd opinii publicznej. Raport będzie też dostępny w internecie.
    "Heweliusz" był uważany za pechowy statek. Zanim zatonął, miał 28 wypadków: przechylał się na pełnym morzu, przewracał przy nabrzeżach, zderzał z kutrami, miał awarię silnika, a we wrześniu 1986 roku wybuchł na nim pożar. Prom płynął wówczas ze Świnoujścia do Ystad z 33 marynarzami, 6 pasażerami, 26 wagonami kolejowymi i 6 TIR- ami. W agregacie jednej z naczep zaparkowanych na pokładzie samochodowym doszło do zwarcia i wybuchł pożar. Ciężarówka spłonęła, ogień przeniósł się na nadbudówki. Armator - Polskie Linie Oceaniczne zalał spalony pokład betonem. Potem stwierdzono, że wylewka przeciążyła go o 115 ton i powiększyła problemy ze statecznością.
    Płomienie na "Athenian Venture"
    Drugą, największą pod względem liczby ofiar, katastrofą po "Heweliuszu" była tragedia pływającego pod cypryjską banderą tankowca "Athenian Venture". Żywcem spaliło się 24 polskich marynarzy i pięć ich żon, który były w rejsie. Nie ocalał nikt. 22 kwietnia 1988 r. na Oceanie Atlantyckim w odległości 800 mil na wschód od Nowej Szkocji zauważono buchające na kilkadziesiąt metrów płomienie i kłęby czarnego dymu. "Athenian" przełamał się na pół. Jego dziób od razu poszedł na dno, nieuszkodzona wybuchem rufa unosiła się na powierzchni wody. Tak wyglądały ostatnie chwile zbudowanego w 1975 r. w Szwecji, tankowca, który płynął z Amsterdamu do Nowego Jorku, wioząc 10,5 mln galonów benzyny.
    "Athenian Venture" wcześniej był statkiem polskim i nazywał się „Karkonosze”. Od samego początku marynarze bali się na nim pływać. Ta zła opinia przyczyniła się do tego, że Polska Żegluga Morska w końcu go sprzedała. W 1983 r. „Karkonosze” kupił Minos Kyriakou – mieszkający i studiujący ongiś w Gdyni Grek, właściciel firmy Athenian Tankers. Statek, choć był młody jak na tankowiec - miał 12 lat - był w fatalnym stanie technicznym. Świadczą o tym odnalezione przez hiszpańskich rybaków dzienniki prowadzone przez załogę maszynowni. Była w nich mowa o licznych naprawach, spawaniu pęknięć. Z dokumentów, które znajdują się w archiwum PRS, nie wynika co było przyczyną katastrofy ani jaki był jej przebieg.
    - Niedawno była u mnie trójka sierot, których rodzice spłonęli na "Athenian Venture" - mówi Sylwia Borkowska z fundacji "Ostatni Rejs". - Prosiły, aby ludzie dotknięci podobną tragedią nawiązali z nimi kontakt. Tym rodzinom fatalnie żyje się ze świadomością, że po bliskich nie pozostał nawet ślad, że nie wiadomo jak umierali. Znam ten ból. Sama w 2004 roku straciłam w niewyjaśnionych okolicznościach na statku męża. Po śmierci marynarzy daleko od domu, traumatyczne przeżycia rodzin trwają latami i potrzebna jest solidarność tych, którzy znają specyfikę pracy na morzu. Ponieważ postępowania odszkodowawcze ciągną się latami, pomagamy osieroconym rodzinom, również finansowo. Nie zostawiajmy ich z bólem samych sobie.
    Tabliczek przybywa
    Na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie stoi niezwykły pomnik "Tym, którzy nie powrócili z morza". Przedstawia fale, z których wynurza się maszt zatopionego statku. Pod nim wmurowane są pojemniki z wodą z akwenów, gdzie zginęli polscy marynarze i mosiężne tabliczki z nazwiskami, datami, nazwami statków. Gdy 15 października 1989 roku pomnik odsłaniała Bogusława Mazurowska - wdowa po marynarzu z "Athenian Venture" oraz dwaj chłopcy: Jurek Pasławski, który stracił oboje rodziców na "Athenian Venture" i Przemek Urbański, którego dziadek zginął na "Nysie", było tam 175 tabliczek. Dziś jest ich 258. W niedzielę o godzinie 11 złożono tam wiązanki kwiatów, by uczcić śmierć ofiar "Heweliusza". Równocześnie z promów „Jan Śniadecki”, „Polonia” i „Mikołaj Kopernik” zrzucono do morza w miejscu katastrofy wieńce.












    Sonda

    Czy chcesz utworzenia województwa Środkowopomorskiego?

    • NIE (60%)
    • TAK (28%)
    • NIE OBCHODZI MNIE TO (12%)