Na wystawie w Pałacu Opatów w Oliwie "Bruno Schultz. Republika marzeń" zobaczyć można będzie 5 nieznanych fresków (prawdopodobnie ostatnie dzieło artysty). Na ścianach domu w Drohobyczu przetrwały blisko sześćdziesiąt lat. Szukano ich bezskutecznie. Zostały odkryte przez niemieckiego reżysera Beniamina Geislera w maju 2001 roku podczas kręcenia filmu "Odnaleźć obrazy".
- Było wiadomo, że jeśli freski Brunona Szulca istnieją jeszcze, to są w tak zwanej willi Landaua - powiedziała zastępca dyrektora Agencji Kontakt Wanda Jaworska. - Gestapowiec Feliks Landau zatrudniał Schulza do porządkowania skonfiskowanych przez Niemców księgozbiorów i do prac malarskich. Artysta ozdabiał ściany pokoju postaciami z bajek. Jest kotek, babcia i niewyraźna postać na koniu.
- Pięć spośród sześciu fresków zdjęto ze ściany i wywieziono do Jerozolimy.
Zrobili to przedstawiciele Instytutu Yad Yashem - przypomina Wanda Jaworska. - Jak się to udało? Nie wiadomo. Malowidła ścienne nie są bagażem lekkim i małym. Każdy z fresków, które dzisiaj pokazujemy waży od 30 do 50 kilogramów.
Po kradzieży konserwatorzy ukraińscy rozpoczęli dalsze poszukiwania i odnaleźli jeszcze cztery malowidła. Trafiły one do Muzeum w Drohobyczu lecz nie były dotąd pokazywane. Publiczność może je oglądać w Polsce po raz pierwszy. Freski ubezpieczyła strona ukraińska. Na jaką sumę, pozostaje tajemnicą.