Wybierz region

Wybierz miasto

    Cotton Club zamyka podwoje. Piwnica dekomunizacyjna

    Autor: Magdalena Szałachowska

    2006-06-16, Aktualizacja: 2006-06-16 12:01 źródło: Naszemiasto.pl

    Są wczesne lata 90. Wagon barowego pociągu „Neptun” relacji Warszawa Wschodnia - Gdynia Główna Osobowa w niemal każdy piątek zapełnia się ministrami, marszałkami, dyrektorami departamentów udającymi się na ...

    Są wczesne lata 90. Wagon barowego pociągu „Neptun” relacji Warszawa Wschodnia - Gdynia Główna Osobowa w niemal każdy piątek zapełnia się ministrami, marszałkami, dyrektorami departamentów udającymi się na weekend do rodzinnego Trójmiasta. Czekały tam na nich stęsknione rodziny, ale oni woleli kontynuować rozpoczęte w pociągu polityczno-gospodarcze debaty, w piwnicznych wnętrzach gdańskiego Cotton Clubu.
    - Zawsze im powtarzałam: „Jesteście jak te baby, przecież w Warszawie macie tyle czasu na rozmowy” - wspomina Iwona Pawłowska, współwłaścicielka Cotton Clubu. - „Tak, ale to nie to samo”, tłumaczyli, zapijając się piwem i grając w bilard do białego rana.

    Zatopiona „Sala kapitańska”

    Najniższa sala znajduje się 5,5 metra poniżej poziomu chodnika, w sumie to ponad 500 metrów kwadratowych podziemnej powierzchni ciągnącej się wzdłuż ul. Złotników. Po wojnie znajdowała się tu kotłownia, później Klub Stoczni Północnej „La Stadia”.
    - Pracowaliśmy z żoną w „Gazecie Gdańskiej” - mówi Jaśko Pawłowski, właściciel Cottonu. - Mieliśmy już tego trochę dosyć, a że padł komunizm, chcieliśmy posmakować wolności i otworzyć własny biznes.
    Stojąc na zewnątrz byli przekonani, że to niewielka piwnica. Jednak kiedy tylko weszli do środka i w ciemnościach zapalili małe latarki, odkryli przed sobą ogromną przestrzeń. Przerażenie szybko przerodziło się w zachwyt chociaż miejsce było zrujnowane. Stoły przykręcone do barierek, pofałdowany od wilgoci parkiet, na ścianach stoczniowe tabliczki: „sala kapitańska”, „wejście za okazaniem legitymacji Stoczni Północnej”.
    Idea była taka: rozbić postpeerelowską nędzę Gdańska, stworzyć klub bilardowy o charakterze rozrywkowym. I tak by było, gdyby nie wybory parlamentarne, które w województwie gdańskim wygrał Kongres Liberalno-Demokratyczny.

    Premier otwiera knajpę

    - Przyszedł do mnie Tusk i mówi: „Jeżeli zdążycie z remontem do 23 listopada, to imprezę celebrującą nasze zwycięstwo zamiast w Heweliuszu, zrobimy u was” - wspomina Jaśko.
    Trudno sobie wyobrazić lepszą promocję, niż otwarcie knajpy przez premiera! A był nim wtedy gdańszczanin Jan Krzysztof Bielecki.
    - Musieliśmy działać natychmiast - opowiada Iwona. - Mieliśmy miesiąc, a nie stać nas było na nic. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy najtańsze krzesła, żrącymi substancjami czyściliśmy kible po stoczniowcach. W dniu otwarcia malowaliśmy parkiet i wieszaliśmy markizę nad wejściem. Jaśko pojechał po alkohol, jego mama robiła koreczki - parę talerzyków dla 600 osób, Krzysiek Lisek namawiał koleżanki z Akademii Medycznej do pomocy w obsłudze. I tak 23 listopada 1991 roku, w warunkach urągających wszelkiej przyzwoitości, nastąpiło wielkie otwarcie połączone z balem kongresowym. Feta trwająca do białego rana, obsłużona przez prasę i telewizję, w tym młodego jeszcze Tomka Lisa.
    - Właśnie tak ma wyglądać transformacja - przemawiał na otwarciu premier Bielecki. - Mamy 1991 rok i wszyscy, tak jak Jaśko, mogą wziąć sprawy w swoje ręce.

    Szalona dekomunizacja

    Idea padła. Cotton staje się nieformalnym salonem politycznym. Tu trzeba się pokazać, na wernisażach, koncertach czy balach. Przyjeżdża Hanna Suchocka, Leszek Balcerowicz, Tadeusz Mazowiecki. Coraz częściej pojawiają się ekipy telewizyjne, gazety nieustannie drukują relacje z imprez. Chyba najbardziej medialny był Bal Dekomunizacyjny prowadzony przez Skibę i Konja w 1993 r.
    - Pewnego dnia przyszedł do nas Marek Biernacki, wówczas likwidator gdańskiego PZPR, i oznajmił, że ma masę niepotrzebnych, partyjnych gadżetów - opowiada Jaśko.
    - To był happening połączony z akcją charytatywną - opowiada Paweł Końjo Konnak. - Cotton obwieszony był czerwonymi sztandarami organizacji partyjnych, obrazami przedstawiającymi Lenina, Stalina Gomułkę. Ludzie przychodzili poprzebierani za pionierów i Wandy Wasilewskie. Na aukcjach sprzedaliśmy takie cudeńka, jak puste dyplomy ukończenia Wojewódzkiego Uniwersytetu Marksizmu i Leninizmu, legitymacje partyjne czy centralę telefoniczną, przez którą w 1970 roku dano nakaz strzelania do stoczniowców a 10 lat później Fiszbach negocjował z Gierkiem.
    „To skandal, żeby kpić sobie z idei rewolucji i jej wodzów” - grzmiała następnego dnia „Trybuna”. - „Skandal, by pamiątki po partii sprzedawać w tak jarmarcznej atmosferze.”
    Grzmiała również radziecka „Prawda”, pisząc, że w gdańskim Cotton Clubie kpią sobie z twórców Związku Radzieckiego. Fama o kontrowersyjnym balu dotarła nawet do amerykańskiej Polonii.
    - Tak naprawdę Cotton Club, to jedyna rzecz, która wyszła liberałom - mimo przynależności do SLD przyznała po latach Jolanta Banach.

    Mesdames, Messieurs – jazz...

    - I tak to wszystko trwało do 1993 roku - wyborów, które liberałowie elegancko przerżnęli - opowiada Iwona. - Wtedy już nie byliśmy tak popularni, kamery wyszły z Cottonu i zetknęliśmy się z bolesną pustką. Stwierdziliśmy, że by zapełnić znowu to miejsce trzeba zrobić coś innego, coś nowego. Przyciągnięcie artystów było strzałem w dziesiątkę.
    W Cotton Clubie znowu zawrzało. Cykliczne koncerty jazzowe, wernisaże, premiery książek, a nawet sztuki teatralnej.
    - Dla aktora Jacka Mikołajczaka napisałem monodram „Pod Dębami” - opowiada pisarz Paweł Huelle. - Odbył się tylko jeden występ na scenie, właśnie w Cotton Clubie.
    Jednak prawdziwą legendę Cottonu stworzyli muzycy jazzowi. Grała tu cała czołówka: Włodzimierz Nahorny, Jarek Śmietana, Michał Urbaniak, Nigel Kennedy czy John Abercrombie.
    - Przez ostatnie kilka lat w każdy poniedziałek w Cottonie odbywał się jam session - opowiada Przemek Dyakowski, muzyk jazzowy. - To były świetne grania. Przyjeżdżali wszyscy najlepsi. Grałem też w 1994 roku, na zaręczynach Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Unią Demokratyczną. Co to była za impreza! Konferansjerem był Janusz Rewiński, przyjechał Adam Michnik, Wiesiu Walendziak.

    Nałogowo na bilard

    Jednak jak wspominają właściciele, największe oblężenie Cotton przeżył w 1996 roku, na premierze filmu Pasikowskiego „Słodko-Gorzki”. Bankiet miał się odbyć w tajemnicy przed publiką, jakimś cudem informacje przedostały się do prasy.
    - Był Boguś Linda, Artur Żmijewski, Rafał Olbrychski, na scenie przygrywał Tomek Lipiński - opowiada Iwona. - Do środka próbowało się wedrzeć ponad 1500 wielbicielek ściśniętych na krótkiej ulicy Złotników. To było istne oblężenie.
    - Środowisko aktorskie uwielbiało Cotton Club - wspomina Mirosław Baka. - Nałogowo przychodziliśmy tu na bilarda.
    Stałymi bywalcami klubu byli również dziennikarze, jak Tomasz Arabski, Lech Parell, przez krótki okres za barem stał Jacek Gasiński.
    - Właściwie dzięki tej pracy trafiłem do mediów - opowiada Gasiński, obecnie dziennikarz TVP. - Pewnego wieczoru podszedł do mnie dyrektor rozgłośni ESKA Nord i powiedział, że z takim głosem muszę pracować w radiu.
    Dobry głos miała również Justyna Steczkowska, która początkowo była tylko egzotycznym dodatkiem do stacjonującego w klubie zespołu Next Cotton Trio.
    - Chociaż to byli świetni muzycy, jak Miecznikowski, czy Hairulin, nikt nie słuchał ich pitolenia, mieli zbyt niezmienny repertuar - mówi Iwona. - W akcie desperacji zaproponowali, że przyprowadzą koleżankę. I tak po kolejnym nie angażującym kawałku na scenie rozległ się śpiew. Ospali goście raptem rzucili się do barierek. Justyna była dość ekstrawaganckim zjawiskiem, uwielbiała się spóźniać, stroiła się jak do Ritza, a pewnego razu przybrała pseudonim Schocko. „Jak ja zrobię międzynarodową karierę z nazwiskiem Steczkowska?” - tłumaczyła.

    Pociąg z Warszawy się skończył

    Złote czasy Cotton Clubu bezpowrotnie minęły. Kilkakrotnie zalewana piwnica, przez powódź w 1997 roku, czy przez pękające rury, niemiłosiernie niszczała. Klub z artystycznego i politycznego salonu, zamienił się w jeden z bardziej podrzędnych pubów w mieście. W 2002 roku Jaśko i Iwona otworzyli Tawernę Rybaki w Sopocie, ich młodzieńczy entuzjazm wygasł. Wygasła również umowa o dzierżawę i miejsce przejęli inni. Jedyne, co pozostanie, to wspomnienia po tym absolutnie legendarnym miejscu, które na stałe wpisze się w historię nowo narodzonej, wolnej Polski.
    - U nas była nora od początku do końca - wspomina Iwona. - Ale w tej norze wszyscy się cały czas świetnie bawili.
    - Co się stało? - zastanawia się Jaśko. - To proste. Pociąg z Warszawy się skończył.


    15 lat istnienia Cotton Clubu podsumują dwie imprezy finałowe. Młodszych bywalców klub zaprasza w sobotę, 17 czerwca o godz. 19.01 na „Ostatnią jamajską bibę”, natomiast stałych klientów klub pożegna dzień później, w niedzielę o godz. 20. Atrakcją będzie między innymi sztafeta wszystkich barmanów Cotton Clubu.
    Więcej na temat: 

    Sonda

    Czy chcesz utworzenia województwa Środkowopomorskiego?

    • NIE (60%)
    • TAK (28%)
    • NIE OBCHODZI MNIE TO (12%)