Wybierz region

Wybierz miasto

    Radni nie chcą się odchudzić

    Autor: Ryszarda Wojciechowska

    2001-02-16, Aktualizacja: 2009-08-21 13:24

    Jedyna dieta, która nie odchudza, to ... dieta radnego. Ale ostatnio słychać głosy, że rajców należy odchudzić. Tak wołają, przed wyborami parlamentarnymi, posłowie niemal wszystkich opcji politycznych.

    Jedyna dieta, która nie odchudza, to ... dieta radnego. Ale ostatnio słychać głosy, że rajców należy odchudzić. Tak wołają, przed wyborami parlamentarnymi, posłowie niemal wszystkich opcji politycznych. Tymczasem radni zwierają szyki.

    - Będziemy bronić diet, jak Częstochowy - mówią w kuluarach.
    Łatwo prześledzić to na gdańskim przykładzie. Kluby radnych AWS i SLD różnią się niemal we wszystkich sprawach. Ale w jednym są zgodni. Jeśli chodzi o zachowanie diet. Nic tak bowiem nie łączy jak pieniądze.

    Leszek Słomiński (AWS) twierdzi, że ta kampania przeciwko dietom radnych, to szukanie przez posłów taniego poklasku. A może by tak samym posłom odebrać te 12 tysięcy złotych miesięcznie? - odbija piłeczkę. - Dieta nie jest dla radnego - próbuje tłumaczyć. - Ona jest... dla obsługi elektoratu.
    Czy na obsługę elektoratu potrzebuje aż 2 tysięcy złotych?
    Niemal trzy razy tyle, ile wynosi najmniejsza pensja? Radny Słomiński mówi, że tak. - Nie biorę sobie nawet złotówki do kieszeni - przekonuje.

    Wiesław Kamiński (AWS) mówi, że to obecny parlament stworzył trójszczeblową władzę, która namnożyła tylu radnych. Jego zdaniem, radny musi mieć dietę. Dlaczego? A choćby dlatego, żeby mu się zwróciły koszty kampanii wyborczej. Radny lokuje co najmniej 20 tysięcy złotych w kampanię. I to z własnej kieszeni - powiada Kamiński. Więc to musi się zwrócić. Kto będzie zainteresowany kandydowaniem do rady bez diet? - pyta. Chyba tylko biznesmeni, żeby coś sobie załatwić.

    Eugeniusz Węgrzyn (SLD) twierdzi, że dieta powinna być. Nie tak wysoka jak teraz - tłumaczy. Ale chodzi o rekompensatę poniesionych kosztów - zwrot za rachunki telefoniczne i za benzynę. Węgrzyn jest przekonany, że jeśli dieta spadłaby na przykład do 500 złotych, to listy wyborcze do miejskich rad świeciłyby pustkami.

    Małgorzata Chmiel-Woźnicka (Unia Wolności do niedawna, obecnie Platforma Obywatelska) tłumaczy, że praca społeczna nieopłacana przyciągałaby samych emerytów, którzy mają wolny czas. Ale niekoniecznie są kompetentni. - Najlepszy byłby radny zawodowy, który zrezygnowałby ze swojej dotychczasowej pracy, poświęcając się całkowicie radzie. Za to otrzymywałby uposażenie.

    - Pieniądze dyscyplinują - dodaje Woźnicka. - Jeśli nie będzie diet, to sale obrad będą przerzedzone. Bo komu się będzie chciało siedzieć za darmo? A tak, zawsze wisi nad człowiekiem to, że przez nieobecność potrącą kilkaset złotych...
    O co ten hałas? W tej chwili o 2000 złotych z górką - jak mówią gdańscy radni. Tyle co miesiąc każdy z nich dostaje na rękę. W dodatku są to pieniądze wolne od podatku.
    Ale nie zawsze tak było. Do 1990 roku radni ( a było ich w Gdańsku 120) pracowali za... medal na koniec kadencji.
    Pierwsze diety pojawiły się w 1990 roku. Wówczas radni uchwalili, że za każde posiedzenie będą otrzymywać 5 procent przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia. - To, jak wspominają panie z biura rady, były niemal groszowe pieniądze
    Ale apetyt zaczął rosnąć. Kolejna podwyżka diet to 1993 rok, za czasów przewodniczącego Andrzeja Januszajtisa. Ówczesna dieta to już 40 procent miesięcznego wynagrodzenia brutto. Przewodniczący rady miał 250 procent przeciętnej pensji, a wiceprzewodniczący 150 procent.

    Jednak prawdziwy skok odbył się za rządów przewodniczącego Pawła Adamowicza w 1994 roku. Wtedy dieta podskoczyła do 110 procent przeciętnego wynagrodzenia brutto. Wiceprzewodniczący miał 200 procent, a przewodniczący 270 procent.

    Ten sam przewodniczący Adamowicz podpisał w 1997 roku uchwałę o specjalnych dodatkach z tytułu podróży służbowych radnych. Odtąd, oprócz diet radni dostawali zwrot kosztów podróży.

    Wzrost diet trwał. W styczniu 1999 roku gdański radni odebrał z kasy 1589 złotych, a w grudniu tego samego roku już 2247 złotych. Najwięcej zyskała przewodnicząca rady Elżbieta Grabarek-Bartoszewicz. W ciągu jednego roku jej dieta wzrosła o 1500 złotych. I w grudniu wyniosła 4932 złote.

    I tak do września ubiegłego roku. Tak zwana ustawa kominowa obcięła radnym diety. Najbardziej "ucierpiała" przewodnicząca rady i jej zastępcy (np. Elżbieta Grabarek -Bartoszewicz przed "obcięciem" miała około 5 tysiecy złotych brutto, obecnie dostaje 2300 złotych brutto). Dieta zwykłego radnego pozostała niemal ta sama. - Już więcej ciąć nie damy - zapowiadają radni.

    Sonda

    Czy chcesz utworzenia województwa Środkowopomorskiego?

    • NIE (60%)
    • TAK (28%)
    • NIE OBCHODZI MNIE TO (12%)