Wybierz region

Wybierz miasto

    Rektor Ceynowa o przyjęciach na Uniwersytet Gdański

    Autor: Ryszarda Wojciechowska

    2004-12-03, Aktualizacja: 2004-12-17 20:46

    Z prof. Andrzejem Ceynową rektorem Uniwersytetu Gdańskiego rozmawia Ryszarda Wojciechowska. - Czy pan się nie wstydzi tej afery związanej z odwołaniami na prawo? - Przykro mi, że uniwersytet stał się głównym ...

    Z prof. Andrzejem Ceynową rektorem Uniwersytetu Gdańskiego rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

    - Czy pan się nie wstydzi tej afery związanej z odwołaniami na prawo?

    - Przykro mi, że uniwersytet stał się głównym bohaterem powracającego co rok serialu pod tytułem: ?rekrutacja na wyższe uczelnie jest nieuczciwa?.

    - Dzieci osób prominentnych zostały przyjęte po protekcji na prawo, a pan mówi tylko, że mu przykro za serial?

    - Kilkoro dzieci osób prominentnych zostało przyjętych na studia z odwołania. To fakty, co do których nie ma wątpliwości. Ale nikogo nie zainteresowało to, że jest to tylko niewielka część osób przyjętych z odwołania.

    - To w żaden sposób nie tłumaczy uniwersytetu. W ostatniej uchwale Senatu UG, uczelnia przyznaje się do błędu. Czytamy w niej, że teraz podstawą odwołania będą wyłącznie merytoryczne lub formalne uchybienia w postępowaniu rekrutacyjnym.

    - Niektórzy już odczytali tę uchwałę jako posypywanie głowy popiołem przez uniwersytet. A ta uchwała stwierdza tylko, że teraz osoby, którym zdarzyło się nieszczęście w postaci, na przykład, choroby, nie będą miały możliwości powołania się na to i dostania na uczelnię.


    - Jeżeli nieszczęściem w odwołaniu było to, że ma się ojca prawnika, to... jest to ciekawy rodzaj nieszczęścia. Dziwię się, że uniwersytet nie czuje skruchy po tym, co się stało.


    - Pani patrzy na sprawę jak inni dziennikarze. Nie widzi pani tych pięćdziesięciu paru innych osób, które dostały się właśnie dlatego, że były w trudnej sytuacji życiowej, materialnej.

    - Ale za to widzę kilkanaście osób, którym zabrakło jednego czy dwóch punktów na egzaminie. Napisali odwołanie. I nie zostali przyjęci, bo ich miejsce zajęło dziecko prominenta z dużo mniejszą liczbą punktów.


    - Sens odwołań jest inny, niż tylko same punkty. Komisja bierze pod uwagę różnorodne powody, mn.in. niepełnosprawność, trudną sytuację życiową, czy też przewlekłą chorobę. Gdyby brała pod uwagę wyłącznie punkty, to musielibyśmy w pierwszej kolejności przyjąć tych, którym zabrakło jednego punktu, następnie tych bez dwóch punktów i tak dalej.
    Może to byłoby sprawiedliwsze. Gdyby przyjąć, że choroby czy innej trudnej sytuacji nie bierze się pod uwagę.

    - Nie wiemy, czy te dzieci prominentów miały naprawdę poważne powody, które zdecydowały o pozytywnym załatwieniu odwołania.


    - Ale na jakiej podstawie można te powody publicznie ujawnić, skoro do odwołań dołączana jest dokumentacja, o której mówiłem? Komisja odwoławcza to czternaście osób, przedstawiciele wszystkich wydziałów i studenci z Parlamentu studentów UG. Byłoby rzeczą dość trudną przekonać takie grono w całości, że są podstawy do pozytywnego załatwienia odwołania, skoro ich nie ma.

    - Nie chcę podważać uczciwości komisji, ale w naszym kraju wszystko jest możliwe.


    - Wydaje mi się jednak, że taka duża grupa jest bardzo trudna do manipulowania.


    - Czy w okresie przedegzaminacyjnym nie ma pan telefonów od prominentnych osób z sugestią, żeby ułatwić dziecku egzamin na studia?



    - Są nie tylko telefony, ale też najróżniejsze pisma, załączane przez zainteresowane osoby. Były pisma od sędziego sądu. Ale nie tylko, również od biskupów, proboszczów, rektorów innych uczelni, organizacji, czy szkół. Ale te pisma nie mają żadnego znaczenia, jeżeli nie ma dokumentacji odwoławczej. Telefony i pisma adresowane do mnie na nic się zdadzą. Rektor nie przyjmuje na uczelnię. Nie załatwia odwołań i nie bierze udziału w pracach komisji. Nie ma też żadnych miejsc rektorskich. Rektor jest związany decyzjami komisji. I to, co komisja zdecyduje, musi uszanować.


    - Co by pan jednak powiedział tym młodym ludziom, którym zabrakło jednego punktu i ich odwołania nie zostały przyjęte? A w prasie przeczytali, że przyjęto kogoś, kto miał o połowę punktów mniej? Powiedziałby pan - przepraszam, ale pani nie jest z rodziny prawniczej?


    - Powiedziałbym, że jest mi bardzo żal, że się nie dostali na studia. Że się musieli odwoływać, a ich odwołania nie były skuteczne.


    - I pana zdaniem, naprawdę nic się nie stało przy tych odwołaniach?


    - (Milczenie)...


    - Panie rektorze, czy usłyszę jakąś odpowiedź? Pan zazwyczaj złotousty, teraz cały czas bardzo waży słowa.


    - Muszę ważyć. W opinii publicznej już panuje przekonanie, że na Uniwersytecie Gdańskim dopuszczono się nieetycznych działań. Jeżeli nawet Rzecznik Praw Obywatelskich rzuca pod naszym adresem tak ostre sformułowania jak złamanie konstytucji, to przecież trudno o ostrzejszy zarzut. W takiej sytuacji trzeba by się było zastanowić czy ci, którzy dostali się z odwołań na studia w latach wcześniejszych też powinni być postawieni pod pręgierzem, a uczelnia razem z nimi.


    - Ale nawet rektorzy innych uczelni odcięli się od gdańskiego uniwersytetu. W swoim niedawnym apelu opowiedzieli się za przyjmowaniem kandydatów wyłącznie na podstawie egzaminu.


    - Cóż mógbym tu powiedzieć?


    - Na przykład to, że rektorzy zostawili pana na pożarcie. Obiegowa opinia głosi, że ten apel rektorów był po to, żeby dziennikarze nie zaczęli się interesować ich uczelniami. I odwołaniami.


    - To byłoby nieleganckie, gdybym teraz wdał się w taką słowną potyczkę typu - u nas było coś nie tak, ale u was pewnie jest tak samo. Bawicie się więc w hipokryzję. Nie wiem jak jest na innych uczelniach.


    - A jakie względy społeczne zadecydowały, że pana córka, przed dwoma laty dostała się też z odwołania na prawo na naszym uniwersytecie?


    - Zadawano mi to pytanie nie raz.


    - Dla dziecka zrobiłbym wszystko. Czy może być taka odpowiedź?


    - Nie. Zrobiłbym jej największą krzywdę, mówiąc o powodach, dla których zostało uwzględnione jej odwołanie.


    - Ale ludzie mają podejrzliwą naturę.


    - I bardzo łatwo oraz chętnie przypisują innym najniższe pobudki działania. Na to się nic nie poradzi. Mogę tylko powiedzieć, że u nikogo nie interweniowałem w jej sprawie.

    - Czyli ten temat musi być nadal zamknięty?


    - (Milczenie).

    - Panie rektorze...


    - Chyba jednak tak. Zastanawiam się, co powinienem w tej chwili zrobić. Czy powinienen, tak jak niektórzy chcą, oczyścić się z zarzutów podając faktyczny powód? Ale gdybym tak zrobił, dopiero wówczas miałbym się czego wstydzić. Szanuję poufność informacji, przekazywanych nam w dokumentacji całkowicie nieznanych mi osób, a miałbym ją złamać w odniesieniu do własnej córki? Powiem tylko, że nie życzyłbym dzieciom VIP-ów czy dzieciom ze zwyczajnego domu, aby się im przytrafiło to, co mojemu dziecku. I jeżeli ceną, za niepodanie powodu, jest oskarżenie mnie o działanie nieetyczne w przypadku mojej córki, to niech taka będzie cena.


    - Specjalna komisja z ministerstwa kontrolowała sposób rekrutacji na prawo i inne kierunki UG. Jest już wynik kontroli?


    - Nie. Czekam na wynik tej kontroli spokojnie. Sam poprosiłem o kontrolę z ministerstwa. Jest też druga sprawa, która czeka na roztrzygnięcie - decyzja Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w sprawie ujawnienia list przyjętych z odwołania. Z tym wnioskiem o ujawnienie zwróciła się ?Gazeta Wyborcza?. Czekamy na werdykt od dwóch miesięcy. I dla mnie jest to rzecz zaskakująca, że tak długo.


    - Próbował się pan rektor dowiedzieć - dlaczego?


    - Powiedziano mi, że sąd czeka na oficjalne stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Dziwne, że rzecznik, profesor Andrzej Zoll chętnie się wypowiada w tej sprawie publicznie, w mediach, a zwleka z przysłaniem swego stanowiska do sądu. Ja się zastanawiam, o co tu chodzi. Może o to, żeby wyrok w mediach zapadł wcześniej, niż w sądzie?


    - O jaką wiedzę uniwersytet wychodzi bogatszy z tej afery?


    - Zacytuję tutaj profesora Jerzego Woźnickiego. Powiedział mi tak:
    - Kiedy byłem młodym rektorem, to też by mi się wydawało, że prawda zwycięży. A w tej chwili wiem, że zwycięża prasa.


    - Próbuje pan znowu zrzucić winę na media?


    - Nie. Ja się z faktami nie kłócę. Tylko z tym, że fakty są traktowano wybiórczo.


    - To zawsze może być pana ocena.


    - Mnie coś innego zastanawia. Skoro tyle osób publicznych wypowiada się na temat nieprawidłowości na uniwersytecie, mówią wręcz o kryminalnym przestępstwie, dlaczego więc nikt nie złoży do prokuratury doniesienia? Nic prostszego, jak złożyć. Byłoby śledztwo. Byłyby badane wszystkie okoliczności. Byłby wreszcie wyrok. I jeżeli zostało popełnione przestępstwo, to ktoś musiałby ponieść za nie odpowiedzialność.


    - Mówi się raczej o pewnym nepotyzmie, o etycznym ?przestępstwie?. I trudno tu bronić uniwersytetu. Pan rektor nie rozumie tego?


    - Pewne sprawy są bardzo trudne do rozstrzygnięcia. I ani prawo, ani tradycja nie mają specjalnego znaczenia. Jeżeli członkowie komisji podjęli decyzję wbrew własnemu sumieniu, wbrew poczuciu ładu i sprawiedliwości, to na pewno popełnili przewinienie etyczne. Jak duże? To zależy od tego, jak daleko odeszli od tego, co uważamy za właściwie.
    Jeżeli którekolwiek z postępowań, które się w tej chwili toczy, wykaże łamanie prawa i zasad, to będą przeprosiny od uniwersytetu i próba zadośćuczynienia krzywdom.
    - Dziękuję za rozmowę.
    Więcej na temat: 

    Sonda

    Czy chcesz utworzenia województwa Środkowopomorskiego?

    • NIE (60%)
    • TAK (28%)
    • NIE OBCHODZI MNIE TO (12%)