 |
 Małgorzata Tarasiewicz - "Oni się z nas śmiali" - 21.03.06
Ponad 80 proc. głosów na urzędującego prezydenta Aleksandra Łukaszenkę, 6 proc. na jego głównego rywala, demokratycznego kandydata Aleksandra Milinkiewicza - takie były oficjalne wyniki wyborów prezydenckich na Białorusi. Jak ocenić ich wiarygodność zapytaliśmy gdańszczankę, Małgorzatę Tarasiewicz, która była jednym z niezależnych obserwatorów białoruskiej elekcji.
- Zaobserwowała pani nieprawidłowości przy urnach wyborczych? - Dla nas wszystkich, obserwatorów, oczywiste jest, że skoro wybory zaczęły się tak naprawdę 14 marca tzw. wczesnym głosowaniem, to trudno ocenić jakąkolwiek ich wiarygodność. Urny, do których w tym czasie były wrzucane głosy nie były pod żadną kontrolą. - Jakie były nastroje wyborców, których pani spotkała w niedzielę? - W kawiarni internetowej w centrum Mińska od razu otoczyli nas studenci i dziękowali nam za obecność. Widać było, że chcieliby zmiany władzy. Natomiast gdy pojechaliśmy na prowincję, do okręgów rolniczych, gdzie ludzie żyją bardzo biednie, widać było, że popierają Łukaszenkę. Mówili, że chcą spokoju, a nie zmian. - Jak wyglądały lokale wyborcze? - Dość kuriozalnie. W każdym było dwóch do trzech umundurowanych milicjantów. Byli w świetnej komitywie z komisjami. Przy liczeniu głosów też pojawiali się jacyś mężczyźni, choć już po cywilnemu. - Czy jako obserwator zetknęła się pani z jakimiś szykanami ze strony władz białoruskich? - Szykan nie było, ale wiem dlaczego. Władze przyjęły taką zasadę, że byli dla nas bardzo mili. Miałam poczucie, że się z nas śmieją, bo i tak nie byliśmy w stanie udowodnić im fałszerstwa wyborczego. - Byliście obserwowani w niedzielę wyborczą? - Tak, poszczególne komisje informowały się, gdzie w danym momencie jesteśmy. Gdy przyjeżdżaliśmy do punktu wyborczego komisja siedziała „na baczność”, wszystko było przygotowane. Potem w komisji regionalnej przedstawiciele władz śmiali się i opowiadali w jakich komisjach obwodowych byliśmy.
-
POLSKA Dziennik Bałtycki
|