Prof. J.Czapiński: "To sie może zdarzyć w kaźdej szkole"
Rozmowa z prof. Januszem Czapińskim, psychologiem społecznym.
- Dziewczynka upokorzona na oczach całej klasy popełnia samobójstwo. Czy musiało dojść do tego dramatu?
- Wiele zależy od odporności psychicznej ofiary. Ta dziewczynka nie była odporna, spodziewała się napiętnowania, ostracyzmu, upublicznienia nagrania. Zdarza się często, że ofiary obwiniają siebie za to, co się stało. Myślą – gdybym się wtedy zgodziła na chodzenie z tym chłopakiem, ubierała się inaczej, powiedziała coś innego, pewnie by do tego nie doszło. Są pewne, że otoczenie też będzie je winić, pojawią się plotki, nikt nie będzie zapraszał mnie na imprezy. Ludzie, którzy doznali agresji często odreagowują ja na słabszych. Nie na darmo mówi się – przemoc rodzi przemoc. Inni jednak wybierają ścieżkę autoagresji. Tak było w tym przypadku.
- Agresja kolegów wobec Ani narastała od września. Dziś pojawia się pytanie, dlaczego nikt z dorosłych tego nie zauważył?
- Nawet, jeśli dochodziły do dorosłych określone sygnały, to pewnie były one bagatelizowane. Ot, kto się czubi, ten się lubi. Nie warto się wtrącać... Nic złego się nie dzieje. On pewnie się w niej kocha. Tak to często bywa.
- Zastanawiający jest też brak reakcji klasy na to, co się stało w piątek na lekcji. Oprócz koleżanek, które bezskutecznie próbowały odciągnąć napastników, nikt nie próbował uratować Ani. Nikt nie wybiegł z klasy, by wezwać nauczyciela...
- Część uczniów nie zareagowała, bo odbierała to jako fascynujący film i nie zamierzała przerwać projekcji. Inna część była w szoku. W takim momencie człowiek zamienia się w słup soli. Nie sądzę, by brak reakcji mógł być odbierany jako dowód na złą kondycję szkoły i tej klasy. Tak reagują również dorośli świadkowie przemocy.
- Co powinni teraz zrobić dorośli?
- Poświęcić więcej czasu młodzieży, rozmawiać z uczniami. Powinien to zrobić profesjonalista, a nie nauczyciel, nawet ten z gołębim sercem. Trzeba zachować złoty środek – ani nie przyklepywać dramatu, uspokajać, ani też nie rozdzierać szat, by inni uczniowie nie poczuli się winnymi za tę śmierć.
- Niektórzy uważają, że jedyna metodą wykorzenienia takich przypadków ze szkół jest bezwzględne karanie i izolowanie agresywnych uczniów. Czy wyjściem z sytuacji będzie wdrożenie pomysłu Romana Giertycha?
- Należy zrobić rachunek w większej skali – co się nam, jako społeczeństwu, opłaca? Lokalnie ważniejszy jest spokój, usunięcie prowodyrów, gangów, narkotyków. Tylko co z tymi młodymi ludźmi robić? Przecież nie można ich utopić w Bałtyku! Odizolowanie ich od społeczeństwa może w przyszłości przynieść fatalne skutki i w przyszłości okaże się, że wszyscy zapłacimy za doraźne rozwiązania. Oni wrócą jeszcze bardziej zdemoralizowani i wtedy ucierpi cała Polska.
- Na razie na celowniku mediów znalazło się jedno gdańskie gimnazjum. Szkoła, która, zanim doszło do tragedii zadeklarowała, że chce walczyć z przemocą i postanowiła przystąpić do naszej ogólnopolskiej kampanii. Czy to, do czego doszło na lekcji polskiego, nie dyskwalifikuje tej szkoły?
- To mogło się przydarzyć w każdej polskiej szkole. Nie istnieje jedna mądra recepta na ograniczenie fali przemocy w szkołach. Prowadzona obecnie kampania ma służyć wygenerowaniu pomysłów lokalnych, które pomogą konkretnym uczniom w konkretnym środowisku. Jak widać, ciągle jest to bardzo potrzebne.
-
NaszeMiasto.pl
|