Aktor Teatru Wybrzeże zagrał główną rolę w filmie "Proceder" [zdjęcia]

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Gdański aktor Piotr Witkowski w filmie „Proceder,” który opowiada o życiu  i zagadkowej śmierci rapera Tomasza Chady.  To film o człowieku, który „żył aż do bólu”
Gdański aktor Piotr Witkowski w filmie „Proceder,” który opowiada o życiu i zagadkowej śmierci rapera Tomasza Chady. To film o człowieku, który „żył aż do bólu” mat. prasowe
Udostępnij:
Od pewnego momentu na planie grałem z protezą na zębach, która zmieniała mi kształt szczęki. Dzieje się to w filmie po skoku Tomka z okna i od zażywania narkotyków. Trudno się w tym całowało - mówi Piotr Witkowski, aktor Teatru Wybrzeże, który zagrał Tomasza Chadę w filmie „Proceder”. Film właśnie wchodzi do kin.

Mówił pan, że rola zmarłego przed rokiem rapera Tomka Chady była jak skok do basenu na głęboką wodę. Czego się pan obawiał najbardziej?​
Raczej cieszyłem się i podszedłem do wyzwania z pełną wiarą, ale skoro o lękach mowa, to chyba najbardziej obawiałem się tego, że nie będę przekonujący w oczach fanów i przyjaciół Tomka. Że ten jego świat, który był mi bardzo obcy, nie uwierzy w moją kreację. Bałem się, że nie zostanę przez środowisko Tomka zaakceptowany. Zwłaszcza że pamięć o nim jest jeszcze bardzo świeża.

Dlatego podczas pracy nad rolą spotkał się pan z jego przyjaciółmi, z mamą Tomka? ​
Spotkanie z mamą Tomka było trudne. Zresztą długo na nie czekałem, bo reżyser Michał Węgrzyn obawiał się, że po rozmowie z Anią, rola może mi się posypać albo poprzestawiają mi się w niej jakieś akcenty. Ja też wiedziałem, że jeśli nie będzie akceptacji z jej strony, to mogę stracić wiarę w tę rolę i pewność siebie. Kiedy jednak w końcu doszło do naszego spotkania, Ania stała się dla mnie wsparciem, a nie obciążeniem. Oprowadziła mnie po ich Grochowie, pokazała dom, w którym z Tomkiem mieszkali, dała mi wiele materiałów na jego temat. Do dzisiaj piszemy do siebie. I lubimy się.

Odwiedzał pan też grób Tomka. Po co? Żeby lepiej zrozumieć swojego bohatera?​
Nie szukałem tam zrozumienia, tylko spokoju i… błogosławieństwa. Musiałem pogadać z Tomkiem o tym, jak chcę jego postać konstruować. Po rozmowach z osobami, które go dobrze znały, miałem mały mętlik w głowie. Każdy z moich rozmówców: Zbuku, Vienio czy scenarzysta filmu, który jest kuzynem Tomka, przedstawiali mi Chadę inaczej, bo każdy z nich znał go inaczej. Jedni twierdzili, że Tomek nigdy by czegoś podobnego nie zrobił, inni przekonywali, że on by właśnie tak zrobił.

I dostał pan to błogosławieństwo?​
Symbolicznie. Na plakacie filmu jest nasza aktorska grupa, a nade mną unosi się zarys postaci Tomka. Bo rzeczywiście było tak, że na planie i już po zdjęciach mieliśmy wrażenie, że nad nami unosi się jego duch. Wszyscy stawali na rzęsach, żeby jak najlepiej zrobić ten film. I nikt nie robił tego dla pieniędzy, tylko z potrzeby pokazania tego, co sam Chada chciał za pomocą filmu przekazać. Sam wymyślił za życia jeszcze pomysł na ten film i zaczął pracę nad scenariuszem. Chociaż oczywiście nikt z nas nie rości sobie prawa do mówienia za zmarłych. ​

Chada to nie jest bohater oczywisty ani świetlany. Taki trochę gangsta raper, który miał talent do komplikowania sobie życia. Kradł auta, zajmował się paserką, brał narkotyki i siedział w więzieniu. To zupełne przeciwieństwo pana. Bo pan żyje... wydaje się...
No, słucham... jak żyję? (śmiech).​

Higienicznie, tak bym powiedziała. ​
Prywatnie, bywam kompulsywny. Potrafię, na przykład, przez trzy miesiące stosować dietę i intensywny trening, czyli pełna higiena, jak pani mówi. A potem nagle wpadam w tydzień imprezowy. Chociaż to nigdy nie są takie imprezy, by „żyć aż do bólu”, jak Tomek. Wiem, że jako aktor muszę tę higienę zachować. Bo bardzo łatwo jest się zatracić w roli, w pracy, w show-biznesie. Higiena jest potrzebna po to, żeby po takiej roli i nie tylko, móc się potem wyzerować.​

Kiedy, patrząc w lustro, zobaczył pan Tomka Chadę?​
To nie było lustro. Przyjechałem do Gdańska coś załatwić. Już byłem ogolony na łyso, próbowałem się tak jak on poruszać. I kiedy nie poznała mnie moja mama, stwierdziłem, że mam to. Potem idąc ulicą i słuchając rapu ze słuchawkami w uszach, widziałem, jak ludzie schodzą mi z drogi. Te spojrzenia też mnie utwierdzały w tym, że idę w dobrym kierunku. ​

Tę postać można było przerysować. Ale panu udało się zagrać bez grubej kreski. ​
Jestem zwolennikiem minimalizmu w grze. Są role, w których aktorzy oddają się mimikrze bardziej niż trzeba. A i tak zawsze przecież chodzi o oddanie charakteru ducha postaci. Jeżeli jest czas na przygotowania i upodobnienie fizyczne aktora do bohatera, tak jak przy filmie o Edith Piaf czy przy „Królowej”, to wówczas można niemal całkowicie wejść w skórę bohatera. Ale na polskim planie filmowym nie ma tyle czasu. ​

Ale w pana przypadku zmiana fizyczna była znaczna. Nie tylko ogolono panu głowę.​
Od pewnego momentu na planie grałem z protezą na zębach, która zmieniała mi kształt szczęki. Dzieje się to w filmie po skoku Tomka z okna i od zażywania narkotyków. Trudno się w tym całowało (śmiech) i jadło.

A trzeba było.​
Trzeba było.

Te najtrudniejsze psychologicznie momenty na planie?​
Szczerze mówiąc, nie było ani jednej, łatwej sceny. Michał Węgrzyn chce, aby te nasze emocje były cały czas na wierzchu, w każdej scenie. Nawet jeśli one nie są zapisane w scenariuszu, to on tak pracuje, żeby je z nas wydobyć.

Wszedł pan w nowy dla siebie świat hip-hopu, rapu. Ciekawy dla pana?​
Dla mnie ciekawy był aspekt społeczny naszego filmu, który nie był jakoś szczególnie wcześniej prezentowany w polskim kinie. Tomek bardzo trafnie nazywał społeczne skutki i mechanizmy transformacji. Pamiętam wywiad profesora Marcina Króla zatytułowany „Byliśmy głupi”, w którym tłumaczył m.in. to, jak jedną reformą o likwidacji PGR zniszczono wielu ludzi, licząc, że oni sobie jakoś poradzą. Ale nie poradzili sobie. Zostali zostawieni sami sobie i własnej beznadziei. Tak jak to pokazaliśmy w naszym filmie, można było pracować za 4.50 na godzinę i stulić pysk, do końca życia ciułać i kombinować, albo można było wejść na taką drogę, na jaką wszedł Tomek.​

Na drogę przestępstwa. ​
No tak i walczyć o swoje aż do bólu. Niektórzy publicyści mówią, że gloryfikujemy przestępstwo w filmie. To jakaś wielka bzdura. Nie gloryfikujemy, ani nie wybielamy. Kto normalny chciałby mieć cały czas na ogonie policję i bać się, czy może spokojnie zasnąć? Takie życie to był dla niego stres i napięcie. Nie mógł pójść do psychologa na terapię i powiedzieć - mam problem, bo kradnę i policja siedzi mi na ogonie. Narkotyki i alkohol miały to zagłuszać. Moim zdaniem, część ludzi została w takie życie niejako wepchnięta. Porzuceni przez tych, którzy dokonali transformacji w Polsce.

Pan stara się go obronić?​
Usłyszałem niedawno ciekawe zdanie Ashgara Farhadiego, który powiedział, że współczesny bohater i współczesna walka to nie jest walka dobra ze złem, tylko dobra z dobrem. Mnie się wydaje, że w przypadku mojego bohatera też tak było. Kiedy przygotowując się do roli, słuchałem nagrań rozmów Tomka ze scenarzystami filmu, w których opisywał swoje życie, zrozumiałem, że Tomek chciał dotrzeć ze swoim przekazem do szerszej niż hip-hopowa publiczności. Z przekazem, by inni nie popełniali jego błędów. On opisywał swoje życie refleksyjnie, z pełną świadomością. To nie był tępy „łom”, który jak kradnie, to się cieszy. On wiedział, że komuś w ten sposób robi krzywdę. I w zagłuszaniu wyrzutów sumienia pomagały mu pewnie narkotyki i alkohol. Dlatego go bronię, bo czuję odpowiedzialność za jego pamięć. ​

To nie pierwsza pana rola w polskim filmie, ale pierwsza główna. Wiąże pan z „Procederem” nadzieję na karierę filmową? Czy teatr zostanie pana pierwszą i wielką miłością?
Teatr jest moją wielką miłością, ale aktor w filmie jest często traktowany poważniej niż w teatrze. Partnersko i niejednokrotnie ma większe pole do tworzenia.

I lepsze pieniądze.
To też, ale ważniejsze jest to, że nie czuję się w moim teatrze aktorem niezbędnym. A w filmie, kiedy wybiorą Ciebie, słyszysz, że to musisz być właśnie Ty. I tak też jesteś traktowany. Bardzo chcę pracować w teatrze. Nie zamierzam z niego uciekać. Niczego jednak w życiu nie można założyć. Bo jak głosi porzekadło - ten, kto mówi głośno o swoich planach, rozśmiesza Pana Boga. Nie myślę jednak o swojej roli w „Procederze” w aspekcie marketingowym. Teraz mam w planie trzy filmy i te role nie mają związku z „Procederem”, bo propozycje nadeszły jeszcze przed tym całym szumem medialnym. ​

Czego pana nauczyła praca przy „Procederze”?​
Asertywności i pewności siebie, stawiania mocniejszych granic. Wszędzie. Np. w pracy nie podchodzę już do ludzi czołobitnie, tylko partnersko. Chyba że staję twarzą w twarz z jakimś swoim idolem, wtedy się płonię. Ale na pewno nabrałem dużo pewności siebie.​

​A kto jest tym idolem?​
Mistrz świata to de Niro i Seymour-Hoffman, w Polsce Gajos, Głowacki, Chyra, Kot. Oczywiście mówię tu tylko o facetach. To są aktorzy, którzy mocno i wyraziście konstruują postaci, ale w wykonaniu są delikatni i nigdy nie fałszują.​

A te trzy filmowe propozycje są ciekawe?​
Dla mnie bardzo. W czasie wakacji skończyliśmy z braćmi Węgrzyn zdjęcia do ich kryminału. Drugi film to polsko-amerykańska, krótkometrażowa produkcja science-fiction, w fantastycznej obsadzie z Andrzejem Chyrą na czele. I wreszcie zagram w filmie o polskim bokserze z Auschwitz, z Piotrem Głowackim w roli głównej pt. „Więzień 77”. Film, odpukać, się przede mną nie zamyka.

Wideo

Materiał oryginalny: Aktor Teatru Wybrzeże zagrał główną rolę w filmie "Proceder" [zdjęcia] - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie