18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Dariusz Michalczewski: Wszystko na 100 procent

Waldemar Gabis
P. Świderski
Właśnie został uhonorowany tytułem Superchampiona Federacji WBO. Z tej okazji Dariusz Michalczewski w rozmowie z Waldemarem Gabisem opowiada m.in. o przyjaźni z ringowymi rywalami, spotkaniu z generałem Jaruzelskim i zarobionych pieniądzach

Czuje się Pan championem? Wygrał pan 48 walk, przez 10 lat skutecznie bronił mistrzostwa świata.
To, co zrobiłem, nie było jakąś tam bagatelką. Widzę to szczególnie po ludziach, którzy ciągle pytają mnie, kiedy mam następną walkę, choć nie boksuję już od pięciu lat. Ale to chyba świadczy właśnie o tym, że coś w tym boksie osiągnąłem. Ciągle jestem pamiętany.

W boksie trudno o przyjaźnie między rywalami. Jednak w Pańskim przypadku takie dobre relacje się zdarzały, choćby z Amerykaninem Virgilem Hillem, któremu w 1997 roku odebrał Pan pasy mistrzów świata dwóch federacji - WBA i IBF.
To był fajny chłopak. Był tak samo otwarty do ludzi jak ja, a to było ponad całą tą rywalizacją. Potrafiliśmy się uśmiechnąć, zażartować.

Śmialiście się razem, a potem obijaliście po głowach?
Nie było z tym problemów. Pełne zawodowstwo. Zresztą już podczas ważenia było dosyć zabawnie. Spojrzeliśmy po sobie groźnie, ale za chwilę parsknęliśmy obaj śmiechem. Przed walką nawet spotykaliśmy się kilka razy. No i ustaliliśmy, że niezależnie od tego, który z nas wygra, to i tak świętujemy razem. No i potem bawiliśmy się przez trzy dni (śmiech)…

Odmiennym przypadkiem jest "znajomość" z Graciano Rocchigianim, z którym bił się Pan dwukrotnie.
Szczególnie pierwsza walka była dla mnie bolesna, bo wygrałem przez jego dyskwalifikację. Takie sytuacje zawsze są kontrowersyjne. W boksie najlepiej, gdy walka kończy się nokautem, bo wtedy jest wszystko jasne i proste. Nie zawsze tak jednak jest, ale po to są zasady, by nie uderzać łokciem, głową czy pięścią poniżej pasa. Gdyby tych zasad nie było, to nie mielibyśmy już do czynienia z boksem. Najgorzej, że część kibiców nie wiedziała, o co chodzi, bo nikt nie wytłumaczył, dlaczego doszło do dyskwalifikacji. Było nerwowo, Rocchigiani krzyczał, że jestem oszustem. Potem mnie przeprosił.

Nienawidziliście się?

Było w tym coś z nienawiści. Ale po drugiej walce, którą już wygrałem zdecydowanie, przyjechał do mnie z propozycją rozegrania jeszcze jednej. Normalnie pogadaliśmy, wypiliśmy... Do walki nie doszło, bo dla mnie nie było takiej potrzeby. Udowodniłem, sobie, jemu, kibicom, że jestem lepszy.

Miał Pan świetnych trenerów. Niemiec Fritz Sdunek, który do mistrzowskich pasów doprowadził m.in. braci Kliczko, oraz Amerykanin Chuck Talhami, który w przeszłości przygotowywał m.in. Mohameda Alego.
Pewnie, ale myślę też, że dobry robotnik sam potrafi wyciągnąć od swojego mistrza jak najwięcej. Obaj byli inni, ale najważniejsze, że nie chcieli mnie przestawiać, zmieniać. Zresztą nie mogli specjalnie mnie zmienić, bo byłem dość prostym zawodnikiem. Miałem lewy prosty, lewy sierp. Nie boksowałem skomplikowanie. Potrafiłem zadać też bardzo silne ciosy z bliska, z krótkiego dystansu. Miałem kondycję, dobre oko... U mnie można było wyszlifować to, co miałem najlepsze. I oni to robili.

W ringu słuchał Pan trenera? Czy może wprost przeciwnie, pojawiały się w głowie myśli "co mi tu będzie gadał, jak wiem lepiej"
Tak się nie da, trzeba słuchać trenera. Jak jest się dobrze przygotowanym, to się wchłania to, co mówi trener. Jak jesteś źle przygotowany, to nie słuchasz i najpewniej przegrasz.

W 2002 roku Pańskim rywalem był Jamajczyk Richard Hall w walce, którą później uznano za najlepszą całego sezonu. To była niezwykła walka pod względem emocjonalnym
Pierwszy raz walczyłem w barwach Polski i powiem szczerze, że to właśnie przytrzymało mnie przy życiu.
Nie rozumiem?

W pierwszych rundach dostałem takie "bomby", po których myślałem, że nie dam rady dotrwać do końca. Ale właśnie myśl, że walczę dla Polski, utrzymywała mnie przy życiu.

W końcówce miał Pan totalnie zapuchnięte oczy. Nic Pan chyba nie widział.
Były małe szparki, coś tam widziałem. Ale właściwie nie to było wcale najgorsze. Gorsze były te pierwsze rundy, kiedy ledwo się trzymałem. Potem, z każdą następną, było już lepiej. Byłem wytrzymały, walczyłem bardzo ekonomicznie. W końcówce, choć potwornie opuchnięty, ciągnąłem do przodu i biłem bardzo silnie seriami. No i wygrałem przez nokaut w dziesiątej rundzie.

Nie myślał Pan o ranach poniesionych w walce?
O tym się nie myśli. W szatni lekarz pozszywa rany, a potem idzie się na balety, pobawić, odreagować, pobyć z ludźmi, ze znajomymi i przyjaciółmi. W ogóle nie czuje się bólu. Cały czas adrenalina siedzi w człowieku.

A co Pan czuł podczas spotkania z generałem Wojciechem Jaruzelskim?
Ciekawość.

Tylko ciekawość? Pan, chłopak z Gdańska, w którym rodziła się Solidarność?
To były inne czasy. Pewnie, że wtedy też biegałem po ulicach i rzucałem kamieniami. Ale po latach byłem właśnie ciekawy człowieka, który wtedy rządził naszym krajem. Poznałem go dzięki swojemu przyjacielowi malarzowi Bruno Bruni, który jest fanem komunizmu. To on zaaranżował spotkanie. Byliśmy razem z Dorotą [pierwszą żoną - przyp. red.] u generała Jaruzelskiego w domu. Okazał się bardzo sympatyczny, grzeczny. Typ dyplomaty. Rozmawialiśmy kilka godzin, wypytywałem go o różne rzeczy, także te związane ze stanem wojennym. On cały czas odpowiadał, ale w taki sposób, że nic nie powiedział.

Podobno na ringu zarobił Pan 20 mln euro.
(chwila zastanowienia) Nie pamiętam, możliwe…

Za którą walkę najwięcej?
Ostatnią z Fabrice Tiozzo, cztery miliony.

Po tej walce, rozegranej w lutym 2005 roku i przegranej przez techniczny nokaut, zakończył Pan karierę. Była to druga porażka na zawodowym ringu. Wcześniej - w październiku 2003 - uległ Pan na punkty Meksykaninowi Julio Cesarowi Gonzalesowi i stracił pas mistrza świata federacji WBO.
Byłem rozczarowany werdyktem, bo nie byłem wcale gorszy. A w boksie jest tak, że przy wyrównanych pojedynkach zawsze zwycięża mistrz. Pretendent, by wygrać, musi pokazać coś zdecydowanie więcej. A Gonzales tego nie pokazał. Wcześniej wygrywałem przez nokaut z lepszymi bokserami od niego. Mam też pretensję do siebie, bo nie byłem należycie skoncentrowany. Prowadziłem już jakieś interesy, które zaprzątały mi głowę. A tak nie można. Boks, sport w ogóle, czegoś takiego nie lubi. Trzeba być oddanym w stu procentach temu, co się robi. Inaczej się przegra. I tak było w moim przypadku.

Wtedy, przed tą walką, mówiłem znajomym, że Pan nie wygra.
Dlaczego?

Gdyby Pan wygrał, to wyrównałby rekord Rocky'ego Marciano, który na zawodowym ringu stoczył 49 pojedynków i żadnego nie przegrał. Amerykanie nie mogli na to pozwolić, a dwóch z nich było sędziami punktowymi.
Nie wiem, może... Wtedy nie myślałem, że mogę przegrać. Nawet nie wiedziałem, że ci sędziowie są z USA.

A z Tiozzo? Czemu Pan przegrał?
Tam to już w ogóle walczyłem bez koncentracji. Byłem raczej jego sparingpartnerem niż rywalem w walce o tytuł. Już wiedziałem, że to moja ostatnia walka.

Pana zawodowa kariera rozpoczęła się w zasadzie od ucieczki ze zgrupowania reprezentacji Polski w Niemczech w kwietniu 1988 roku. Nie żałuje Pan tej decyzji? Pół roku później były igrzyska olimpijskie w Seulu, gdzie mógł Pan zdobyć nawet złoty medal. Niewiele ponad rok później mieliśmy w kraju Okrągły Stół i pewnie wyjazd zagraniczny - legalny - byłby możliwy.
Absolutnie nie żałuję. Wszystko zrobiłem tak, jak trzeba. Nie było innej możliwości. Pod flagą niemiecką zdobyłem jeszcze mistrzostwo Europy, a potem już walczyłem jako zawodowiec. Tylko tam mogłem się rozwinąć i dojść do tego, do czego doszedłem. Zresztą tamte chłopaki, którzy w Seulu zdobyli medale olimpijskie [m.in. Andrzej Gołota - przyp. red.] niczego wielkiego nie osiągnęli.

Nie walczył Pan z Royem Jonesem jr, uważanym przez lata za najlepszego pięściarza bez względu na kategorie wagowe, który bił się także w "Pańskiej" półciężkiej wadze. Dlaczego?
Konflikt telewizji. Amerykanie nie chcieli przyjeżdżać do Niemiec, Niemcy za ocean. Zresztą Roy Jones nigdy nie był dla mnie legendą. Tą jest Thomas Hearns, wielki pięściarz, który pokonywał innych wielkich - Sugar Ray Leonarda, Thomasa Haglera i Roberta Durana. Niewiele brakowało, a walczylibyśmy przeciwko sobie, ale podobnie jak w przypadku Roya Jonesa czegoś zabrakło w negocjacjach. Szkoda, że się nie udało, bo ja nawet nie marzyłem o tym, by skrzyżować rękawice z idolem

Z czego Pan żyje?
Z tego, co zarobiłem na ringu i napoju Tiger, który bardzo dobrze się sprzedaje. Może będę komentował walki w TVP. Ostatnio komentowałem walkę Damiana Jonaka i chyba nieźle to wyszło. Zresztą w Polsce nie ma chyba lepszego specjalisty od boksu ode mnie.

Od lat pomaga Pan innym, choćby w Fundacji "Równe Szanse".
To taki mój dług wdzięczności wobec osób, które mi kiedyś pomogły. Jest sporo dzieci, które mają zdolności, ale nie stać ich na uprawianie sportu. Temu służy ta fundacja. Pieniądze na jej działanie pochodzą ze sprzedaży Tigera.

Nie boi się Pan, że pieniądze, które Pan tam przekazuje, idą na marne?
Nie, bo wszystko jest szczegółowo kontrolowane. Dzieciaki mają się dobrze uczyć, zachowywać, solidnie trenować. Jeśli coś jest nie tak, np. w szkole są problemy, pieniądze są natychmiast odcinane.

Czy Tomasz Adamek ma szansę zostać mistrzem świata wagi ciężkiej?
Ma cięższy orzech do zgryzienia niż ja. Jeśli to osiągnie, będzie naprawdę wielki. Będzie pierwszym polskim mistrzem świata w wadze ciężkiej. Szczerze mu tego życzę, choć łatwo nie będzie, bo bracia Kliczko mocno się trzymają. Musi krzyczeć głośno, że chce z nimi walczyć.

Jak się układa Panu życie prywatne?
Bardzo dobrze. Basia [aktualna żona - przyp. red.] dba o mnie i naszą prywatność, niechętnie pokazuje się w mediach. No i ja chyba dojrzałem. Kiedyś najchętniej spędzałem czas z kumplami na baletach, a teraz częściej jestem z Basią i małym Dareczkiem.

Rozmawiał Waldemar Gabis

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie