„Dzieci na oddział już nie przyjmujemy...” Katastrofalny obraz polskiej psychiatrii

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
- W tym momencie nie jesteśmy już w stanie przyjmować dzieci. Mamy 46 miejsc na oddziale, zaś obecnie przebywa na nim około 60 pacjentów, część z nich na tzw. dostawkach - mówi dr Mariusz Kaszubowski, dyrektor Woj. Szpitala Psychiatrycznego im. prof. T. Bilikiewicza w Gdańsku.

My jako szpital, a więc zarząd i personel, nie godzimy się, aby ponosić odpowiedzialność za nieefektywny system i dramatyczną sytuację w psychiatrii dziecięcej. Większość dzieci, żeby nie powiedzieć prawie wszystkie, są po próbach samobójczych albo z myślami samobójczymi. Nie wiemy już, co więcej możemy zrobić, konieczne są szybkie zmiany systemowe, aby ratować naszych małoletnich pacjentów - deklaruje nasz rozmówca.

Czy jest teraz więcej pacjentów z chorobami psychicznymi? Wielu ekspertów mówi, że takie czynniki, jak pandemia, wojna na Ukrainie czy inflacja, mogą mieć wpływ na nasilenie zaburzeń psychicznych.

Obserwujemy duży napływ pacjentów, których stan wymaga hospitalizacji. Tymczasem mamy ograniczone możliwości, jeśli chodzi o ich przyjmowanie. Przyczyną rosnącej fali osób potrzebujących pomocy psychiatrycznej jest postęp cywilizacyjny, pandemia koronawirusa czy również wojna na Ukrainie i jej ekonomiczne konsekwencje. Wszystko to może powodować negatywne emocje, wzrost napięcia, kryzys, depresje, a co za tym idzie nasilenie zaburzeń psychicznych. Problem związany z udzielaniem wsparcia psychicznego jest znacznie szerszy. Z powodu trudności z dostępnością wsparcia ambulatoryjnego, często izba przyjęć szpitala psychiatrycznym mylnie traktowana jest przez pacjentów jako miejsce udzielania porad czy konsultacji. Co do zasady zajmujemy się pacjentami w głębokim kryzysie, wymagających bezwzględnej hospitalizacji, czyli stanowiących zagrożenie dla życia i zdrowia swojego bądź innych osób. Natomiast przyjeżdżają do nas osoby w różnym stanie, również tacy, którzy nie wymagają całodobowej opieki, a decyzją lekarza dyżurnego skierowani zostają na terapię do oddziału dziennego lub na konsultacje do poradni zdrowia psychicznego. Jednakże takich placówek jest stanowczo za mało, stąd kolejki do nich są gigantyczne. W związku z tym pacjenci nie uzyskają pomocy ambulatoryjnej w odpowiednim momencie, zaburzenia nasilają się. Te osoby znów trafiają na izbę przyjęć, tyle że już w dużo gorszym stanie. I właśnie takich pacjentów mamy teraz więcej. Staramy się zaopiekować każdym pacjentem, który tego wymaga. Jeśli oddział jest przepełniony, to dostawiamy łóżka, szukamy miejsc w innych szpitalach. Ale sytuacja w całym kraju jest podobna. Pomoc ambulatoryjna jest nieefektywna, a potrzeby rosną z miesiąca na miesiąc. Pogarszająca się sytuacja kryzysowa w psychiatrii jest również wynikiem wieloletnich zaniedbań w tym zakresie.

Jakie zmiany systemowe miałyby sens?

W każdym powiecie powinno działać centrum zdrowia psychicznego, które byłoby rozliczane podobnie jak POZ, czyli stawką kapitacyjną. Taka placówka powinna zabezpieczać wówczas hospitalizację stacjonarną, posiadać oddział dzienny, poradnię i zespół leczenia środowiskowego, a więc personel, który wyjeżdżałby do domu chorego, gdyby to było konieczne. W takim centrum pacjent byłby zaopiekowany kompleksowo. Do szpitala trafiłby dopiero, gdyby jego stan tego wymagał. Takie leczenie byłoby bardziej efektywne i tańsze, bo zespół koordynujący robiłby wszystko, żeby pacjent nie musiał być hospitalizowany.

Czy taki idealny system jest realny w Polsce?

W województwie pomorskim mamy już takie centrum w Kościerzynie i w Słupsku. W całym kraju jest ich około 40 i działają na zasadzie pilotażu. Otrzymujemy informacje, że te placówki zdają egzamin. Wojewódzki Szpital Psychiatryczny w Gdańsku również złożył wniosek w sprawie uruchomienia centrum, które objęłoby opieką ambulatoryjną część Gdańska, jednocześnie zabezpieczając całe miasto pod względem hospitalizacji. Gdyby takie centra mogły działać w całej Polsce, to byłaby to sytuacja prawie idealna. Niestety, nie da się jej wdrożyć jednym krokiem, bo mamy wszędzie braki kadrowe. Lekarz psychiatra w prywatnej klinice otrzymuje obecnie niemal trzy razy wyższe wynagrodzenie niż w publicznej placówce - dlatego lekarze z nich odchodzą, zaś poradnie finansowane przez NFZ zamykają się. Są powiaty, w których w ogóle nie ma psychiatry w przychodni POZ. Pacjenci szukają pomocy w innych miejscach, leczą się prywatnie. Ale jeśli nie mają takiej możliwości, to często mylnie przyjeżdżają do nas. My natomiast jako szpital nie jesteśmy miejscem do udzielania porad czy wystawiania recept. Nie jesteśmy również miejscem dla osób starszych wymagających opieki całodobowej, ale nie psychiatrycznej, bo demencja nie jest wskazaniem do hospitalizacji.

Jak to wygląda w liczbach? Widać wzrost liczby pacjentów?

W przypadku dorosłych, w ciągu doby na izbę przyjęć trafia około 20-30 osób. Mniej więcej połowa z nich jest przyjmowana do szpitala. A więc te osoby są w takiej sytuacji, że muszą być bezwzględnie hospitalizowane. Przed pandemią liczba osób zgłaszających się na izbę była podobna, ale stan pacjentów nie był aż tak ciężki jak obecnie.

A jeśli chodzi o dzieci?

Tu sytuacja jest dużo gorsza, wręcz katastrofalna. W tym momencie nie jesteśmy już w stanie przyjmować dzieci. Mamy 46 miejsc na oddziale i obecnie przebywa na nim około 60 osób, część z nich na tzw. dostawkach. To są dzieci w głębokim kryzysie - najczęściej po próbach samobójczych albo z myślami samobójczymi. Od dawna obserwujemy wzrost liczby dzieci z problemami psychiatrycznymi, ale pandemia jeszcze bardziej te problemy zaostrzyła. Chcąc wyjść naprzeciw tej sytuacji, już w ubiegłym roku podjęliśmy dodatkowe działania. Przede wszystkim zwiększyliśmy liczbę miejsc na oddziale z 35 do 46, otworzyliśmy też Poradnię Psychologiczno-Psychoterapeutyczną I poziomu referencyjnego, do której można się dostać bez skierowania. To poradnia jeszcze bez lekarza, ale z psychologiem, psychoterapeutą i terapeutą środowiskowym. Przez rok udzieliła ona pomocy około tysiącu dzieci. Zwiększyliśmy też liczbę izolatek na oddziale stacjonarnym i realizujemy program przeciwdziałania zaburzeniom zachowania dzieci i młodzieży, na który otrzymaliśmy środki unijne. Realizujemy również sporo inwestycji podnoszących jakość i bezpieczeństwo udzielanych świadczeń finansowanych ze środków Samorządu Województwa Pomorskiego oraz Ministerstwa Zdrowia. Te wszystkie działania wspomagają system, ale są niewystarczające. Tak jak w przypadku dorosłych pacjentów, brakuje przede wszystkim poradni i ambulatoriów, do których mogłyby trafiać dzieci niewymagające hospitalizacji. Rodzice nie widząc innej możliwości, szukają pomocy w szpitalu, my zaś nie mamy już możliwości ich przyjęcia. Od dawna czekamy na reformę, płaczemy, krzyczymy, lobbujemy, gdzie się tylko da. I to nie jest też tak, że tylko Srebrzysko ma problem. To dotyczy wszystkich szpitali psychiatrycznych w całej Polsce.

Jeśli przyjedzie do was dziecko w ciężkim stanie, to już nie jesteście w stanie go przyjąć?

Zgłosiliśmy do systemu blokadę na przyjmowanie kolejnych dzieci na oddział. Ale system ratownictwa nadal przywozi nieletnich pacjentów, bo też przecież nie ma gdzie ich odesłać. Jeśli karetka przywiezie nam dziecko w bardzo ciężkim stanie, to zawsze staramy się znaleźć miejsce choćby w innym podmiocie. Lekarz dyżurny ponosi odpowiedzialność za decyzje o przyjęciu bądź odmowie. Jesteśmy między młotem a kowadłem. W tej katastrofalnej sytuacji czujemy się coraz bardziej osamotnieni. Szpital nie chce ponosić odpowiedzialności za nieefektywność systemu. Na tym tle rośnie napięcie wśród personelu, co jest całkowicie zrozumiałe. Obawiam się, że jeśli nie zostaną powzięte rozwiązania systemowe, to trzeba liczyć się z tym, że pracownicy odejdą do prywatnych placówek. Nie ma tu konfliktu na linii personel - zarząd. My się rozumiemy i wzajemnie wspieramy. Widzimy, że nasze wspólne apele i pisma nie przynoszą oczekiwanych efektów. Masa krytyczna została już przekroczona. Ta dramatyczna sytuacja w psychiatrii, a szczególnie w psychiatrii dziecięcej jest wynikiem przede wszystkim niewydolności wsparcia ambulatoryjnego. Bo gdyby pomoc była udzielona odpowiednio wcześniej, większość dzieci mogłaby uniknąć hospitalizacji. Prawie wszystkie przebywające u nas dzieci są po próbach samobójczych albo z myślami samobójczymi. Nie wiemy już, co więcej możemy zrobić, konieczne są szybkie zmiany systemowe, aby ratować naszych małoletnich pacjentów.

Czy są jakieś pomysły, żeby choćby doraźnie wspomóc niewydolny system?

Pojawiły się wcześniej propozycje, aby część dzieci buforować na oddziałach pediatrycznych. Ale pediatria boi się dzieci z zaburzeniami psychicznymi i trudno się temu dziwić. To nie byłoby też rozwiązanie problemu, ale w tym momencie lepszych pomysłów nie ma. W przypadku detoksykacji, gdy dziecko jest po próbie samobójczej, np. po zażyciu dużej ilości leków, na pediatrii spokojnie można by je obserwować, regularnie konsultując psychiatrycznie.

Czy dzieci trafiają na oddziały dla dorosłych? Przypomnijmy, że kilka lat temu, z powodu przepełnienia, dzieci zostały przeniesione na oddział dla dorosłych i tam miały być molestowane seksualnie. Sprawa nadal toczy się w sądzie. Jej następstwem były zmiany w kierownictwie szpitala.

Nie przenosimy dzieci na oddział dla dorosłych i nie będziemy tego robić ze względu na te przykre doświadczenia z przeszłości. Dodam tylko, że wówczas NFZ pozwalał na rozliczenie opieki nad dziećmi na oddziałach dla dorosłych, a więc był w pewnym sensie do tego mandat, z którego ówczesny dyrektor skorzystał. Dla nas to jednak temat zamknięty.

Jak wygląda sytuacja kadrowa. Brakuje pracowników?

Jeśli chodzi o lekarzy, to od dawna sytuacja jest ustabilizowana i na dość wyrównanym poziomie. Zachęcamy naszych rezydentów, których jest ponad 50, żeby pozostawali w szpitalu. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w psychiatrii dziecięcej. W całej Polsce aktywnych psychiatrów dziecięcych jest może 500, wielu z nich pracuje w sektorze prywatnym, gdyż nie chcą przyjść do pracy do publicznego szpitala. Bezustannie prowadzimy rekrutację psychiatrów dziecięcych. Jest też problem z personelem pielęgniarskim. Walczymy o pielęgniarki z innymi dużymi placówkami medycznymi, których w Trójmieście jest sporo. Musimy być konkurencyjni pod względem wynagrodzeń, by nie stracić personelu. Staramy się też uzupełniać kadrę pielęgniarską, np. opiekunami medycznymi.

Czy te napięcia wśród personelu, o których pan mówił, dotyczą też wynagrodzeń?

Napięcia dotyczą raczej kwestii organizacyjnych i dyżurowych. Także na oddziale dziecięco-młodzieżowym, który jest przepełniony, a personel jest przeciążony. Myślę, że dziś to nie wynagrodzenia są największym problemem, lecz niewydolny system generujący trudne warunki pracy w szpitalu. Nie mogę też powiedzieć, żebyśmy zupełnie nie mieli problemów finansowych. Mamy je i to niemałe, głównie ze względu na niedoszacowanie świadczeń. Pojawia się spora luka między poziomem finansowania świadczeń w sektorze publicznym i prywatnym. Owszem, na inwestycje staramy się pozyskiwać środki ze źródeł zewnętrznych, najczęściej samorządu województwa czy Ministerstwa Zdrowia, ale nie pokrywa to kosztów działalności podstawowej. Dodatkowo, w czasie pandemii inne szpitale, w szczególności wielospecjalistyczne będące w sieci szpitali, otrzymały pieniądze na tzw. dodatki covidowe dla personelu. Psychiatria ich nie dostała, choć w szpitalu musieliśmy taki oddział covidowy utworzyć. By pozostać konkurencyjnym na rynku pracy, również wypłaciliśmy dodatki, pomimo braku ich refundacji.

Lekarze ze Srebrzyska pracują w wielu innych miejscach na Pomorzu, na przykład kadrowo zasilają szpital psychiatryczny w starogardzkim Kocborowie. Czy to nie jest problem, że oni pracują w takim rozproszeniu?

Ci lekarze zarabiają uczciwie i nikt im nie broni pracy również w innych miejscach. Według mnie, pieniądze są dla nich istotne, ale nie są ich główną motywacją do podejmowania pracy poza naszym szpitalem. Przecież lekarze mogliby zadbać o swój czas wolny inaczej. Podejmują pracę w innych miastach, bo tam nie ma psychiatrów i czują się potrzebni. Gdyby tego nie robili, system już dawno by upadł.

Czy psychiatrzy są dziś najbardziej poszukiwanymi lekarzami?

Na pewno są w grupie najbardziej poszukiwanych. Na rynku brakuje psychiatrów, bo nie jesteśmy w stanie szybko ich wykształcić. Potrzeby dotyczące zdrowia psychicznego rosną wręcz w postępie geometrycznym. Dziś psychiatria cierpi również z powodu zaniechań dotyczących kształcenia lekarzy. Te wszystkie problemy, o których mówię, mają charakter ogólnokrajowy. Rozmawiałem z dyrektorami szpitali psychiatrycznych z innych województw i wszyscy mówią to samo: pacjentów przybywa, kadra odpływa, a środki na leczenie są niewystarczające. To jest obraz psychiatrii w Polsce.

Mówił pan, że m.in. pandemia spotęgowała objawy psychiatryczne u dorosłych, a przede wszystkim u dzieci. Czy pojawiły się jakieś nowe niepokojące zjawiska?

One wiążą się przede wszystkim z postępem cywilizacyjnym, w tym z niekontrolowanym dostępem do sieci. Często dzieci w internecie mają drugie życie. W tym wirtualnym świecie szukają zaspokojenia potrzeby dowartościowania i zwrócenia na siebie uwagi. Obserwujemy, że wśród dzieci nasilają się tendencje autodestrukcyjne - dochodzi nie tylko do prób samobójczych, ale też do samookaleczeń. W sieci są nawet organizowane zawody „kto się lepiej potnie”. Albo można tam znaleźć rady dla anorektyczek, jak się głodzić, żeby rodzice tego nie spostrzegli. Mali pacjenci mają też problemy z orientacją seksualną. Trafią do nas dzieci, które raz czują się chłopcem, innym razem dziewczynką. Takie dzieci nie są akceptowane w swoim środowisku. Geneza tych problemów może być bardzo zróżnicowana. Z badań wiemy, że bardzo często należy jej szukać w środowisku rodzinnym, szkolnym czy rówieśniczym. Czasem wydaje się, że dziecko już wyszło na tzw. prostą, radzi sobie, potem wraca do środowiska, i po kilku dniach znów jest u nas i to w bardzo ciężkim stanie. Pamiętajmy też, że problemy psychiczne u dzieci mogą się zdarzyć w każdej rodzinie. Dzieci zapytane, dlaczego próbowały odebrać sobie życie, najczęściej mówią, że rodzice nimi się nie interesują. To oczywiście wcale nie musi być prawdą, ale takie właśnie stwierdzenia padają. Kompetencje rodzicielskie się zmieniają, rodzice nie mają czasu dla dzieci. Uważają, że droga komórka, tablet czy ciekawe zajęcia pozalekcyjne, zrekompensują brak obecności rodzica i wspólnego spędzania czasu. Niestety, tak nie jest.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

W Centrum Medycznym w Łańcucie wszczepiono pierwszy rozrusznik serca

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gdansk.naszemiasto.pl Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie