Rafał Zakrzewski: Biegacz ultra jest trochę twardszy. Dla niego kapryśna pogoda nie jest odstręczająca ROZMOWA

Rafał Rusiecki
Rafał Rusiecki
Rafał Zakrzewski sam biega i zachęca do tego innych, organizując biegi uliczne oraz górskie
Rafał Zakrzewski sam biega i zachęca do tego innych, organizując biegi uliczne oraz górskie archiwum prywatne
Rozmowa z Rafałem Zakrzewskim, dyrektorem sportowym zawodów Garmin Ultra Race, które 3 grudnia będą miały finałową odsłonę cyklu w lasach Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Rozmowa o specyfice biegów górskich, umiejscowieniu ich w bliskości Zatoki Gdańskiej oraz formie biegowej Polaków po obostrzeniach pandemicznych.

Biega pan?
Biegam. Regularnie, trzy razy w tygodniu.

Jakie to są miejsca? Jakie trasy?
Biegam różnie. Kiedyś spędzałem na treningu więcej czasu, teraz mniej z racji różnych dolegliwości. Średnio biegam jednak trzy razy w tygodniu, między 10 a 15 km. Dwa razy w tygodniu staram się biegać po płaskim. Wybieram wtedy najchętniej odpływ Motławy i znajdujące się tam bastiony. To fajne miejsce, przyjazne, ale niestety twarde. Raz w tygodniu próbuję też w lesie, czyli w naszym Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. On jest stworzony do biegów przełajowych.

W trakcie pandemii koronawirusa i obostrzeń trudno było zachować dobrą kondycję. Te utrudnienia dotknęły też organizatorów imprez masowych. Wychodzicie już na prostą?
To był dość trudny okres. Półmaraton w Gdańsku udało nam się zrobić bez przerw, chociaż jeden trzeba było zrobić, jak większość, wirtualną wersję. Wszyscy tak robili, więc i my stwierdziliśmy, że spróbujemy. Nie byliśmy fanami takiej formy, ale okazało się, że jest taka potrzeba. Pomału wychodzimy. Moim zdaniem biegi górskie w mniejszym stopniu odczuły skutki tej pandemii, niż biegi uliczne.

Dlaczego?
W szczytowym momencie nasz Półmaraton Gdańsk miał prawie 6 tysięcy uczestników. W okresie pandemii tego w ogóle nie można oceniać, bo były ograniczenia liczbowe. W tym roku, już po uwolnieniu ograniczeń, mieliśmy ponad dwa tysiące ludzi. Widać, że to się odbija. Obserwując ogólnopolską tendencję, to jednak frekwencja spadła wszystkim po około 30 procent. Nasz sam bieg górski był zawsze mniej liczby, bo ciężko wpuścić do lasu cztery tysiące ludzi. Przed pandemią mieliśmy 1400 osób, a w ubiegłym roku było to 1150. Trzeba wziąć pod uwagę, że biegi górskie są dużo bardziej wymagające. To, że niedzielny biegacz zastanawia się, czy nie zgubi się, czy da radę, jest akurat nieprawdziwymi obawami.

Co jest przyczyną tego wolnego powrotu do dużych frekwencji? Zasiedzieliśmy się, czy wypadliśmy z reżimu startu w imprezach sportowych?
Złożyło się na to wszystko po trochu. Mam taką niepopularną wśród organizatorów teorię, że ludzie zobaczyli, że nie trzeba startować w zawodach, żeby biegać. Uważam, że jest to też wina biegów on-line. Ludzie zaczęli liczyć finanse. Patrzą na to, że muszą wydać 100-150 złotych wpisowego i dojechać na zawody. To są pewnego rodzaju wydatki. Część osób zauważyła, że może wyjść do lasu, na ulicę i samemu pobiegać.

To chyba nie daje takiej samej porcji emocji.
Wywodzę się ze sportu wyczynowego i wiem, że zawody rządzą się swoimi prawami. Nie da się nigdy tego zastąpić. Wiadomo, że biegi maratońskie obarczone są taką samotnością, treningową czy startową. Bieganie w grupie daje jednak potencjał. Zawsze wpływa na lepsze wyniki. Przyczyn też trzeba szukać w zasiedzeniu, bo część osób zrezygnowała. Rozeszło się też życie towarzyskie. Obserwuję to w Brzeźnie, gdzie wiele grup biegało z rana. Ja byłem w grupie m.in. z Adamem Korolem. Stworzyliśmy paczkę biegową. O godz. 8 widzieliśmy na przykład Darka Michalczewskiego, który ze swoimi kolegami biegł 10, czy 15 km. Teraz natomiast spotyka się pojedynczych biegaczy. Ekip biegowych jest mniej. To się zmieni, bo ludzie są stadni i potrzebują rywalizacji. A ta rywalizacja pojawia się nawet w grupie treningowej, gdzie ktoś komuś dodaje tempa. Miał być luźny bieg, a wracamy z językami po kolana. Biegi się obronią i z czasem to wróci do normalności.

Wróćmy do biegów ultra. Czy jeszcze w Polsce budzi zdziwienie, że biegi górskie organizujecie w Gdańsku?
Oczywiście, że tak. I to za każdym razem. Bez względu na to, czy rozmawiam z osobami ze środowiska sportowego czy ze sfery finansowej. Pytają, jak nad morzem zrobić bieg górski. Kiedy idę na rower do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, to na 25 km trasy mam 700 metrów przewyższeń. Jeśli więc dołożyć drugie tyle, to uzyskujemy 1,5 km przewyższeń. To już ma znamiona solidnego podbiegu. Nasz las jest doskonały, bo początkujący biegacz ultra może się wdrożyć. Tutaj jest inny wysiłek. Podbiegi są kuriozalnie łatwiejsze dla biegacza. Męczą, ale zmęczenie to stan umysłu. Kiedy się zbiega, trzeba opanować umiejętność hamowania, lekkiego stąpania. W wielu książkach czytałem, że dobry biegacz stąpa jak kozica. Nie stąpa z impetem, tylko się odbija. U nas jest o tyle to łatwiejsze, że zbiegi są w lesie i nie ma skał. W Gdańsku można tego spróbować, posmakować i zarazić się tym. Te nasze górki potrafią zaskoczyć nawet wytrenowanych biegaczy ultra. Szczególnie w gdyńskiej części TPK-u podbiegi nie są strome, zaporowe, ale ciągną się 3 km z nachyleniem 3-4 procent. Po pewnym czasie na takiej trasie tętno zaczyna wariować, a nogi zaczynają boleć.

Gdańsk wybraliście na finał cyklu Garmin Ultra Race. Dlaczego?
Zastanawialiśmy się i podjęliśmy decyzję, że zaryzykujemy. Przyjęło się to i wiele osób z całej Polski do nas przyjeżdża. Chcieliśmy im pokazać Gdańsk. Nie oszukujmy się, że biegacz ultra przyjedzie na trening do naszego TPK-u. To jest jednak swojego rodzaju egzotyka. Znajdź mi drugi bieg górski, w którym przebiegasz przez Sopot i z Łysej Góry na tarasie widokowym rozciąga się Zatoka Gdańska. To coś pięknego i stwierdziliśmy, że trzeba to ludziom pokazać. Ale też wyrównać szanse, żeby nie wszystkie zawody tego typu były w południowej części Polski. Trzeba dać mieszkańcom tych terenów okazję, żeby nie musieli daleko jechać do Zakopanego, w Karkonosze, czy w inne pasma górskie na fajnie zorganizowany bieg.

A jak to wygląda frekwencyjnie?
Bardzo podobnie. Jeśli chodzi o liczby uczestników, to Gdańsk radzi sobie bardzo dobrze.

Co proponujecie biegaczom na samej trasie? Coś korygujecie, zmieniacie?
W ubiegłym roku najkrótszy dystans miał 11 km, a w tym roku wyszło 12. To urok biegów górskich, że trasa jest często niepowtarzalna. A nawet na tych samych odcinkach wiele zmienia ukształtowanie terenu, ilość liści, śnieg itd. Zależne jest to też od tego, czy na przykład padało przez parę dni pod rząd. W jednym roku podbieg wydawał się łatwy, a w następnym broczysz po kostki w błocie i szukasz boków, aby się nie przewrócić. Wyciągamy wnioski i słuchamy komentarzy, podpowiedzi biegaczy. Staramy się układać trasę, aby była przyjazna dla uczestników.

W ilu uczestników Garmin Ultra Race w Gdańsku celujecie 3 grudnia 2022 roku?
Jest już zapisanych tysiąc osób. Zostało jeszcze sporo czasu do biegu. Prowadzimy statystyki i widzimy, ile osób w ostatnich okresach się zapisuje. Jeśli nic się nie zmieni, to 1200-1300 osób powinno wystartować. Oznaczałoby to, że prawie wrócimy na poziom, jaki mieliśmy przed pandemią. Liczba zapisanych i opłaconych nie zawsze się pokrywa z listą startujących.

Ile średnio osób odpuszcza udział w zawodach?
Według naszych wyliczeń około 10 procent ludzi nie dojeżdża. Wynika to z różnych powodów życiowych, kontuzji, brak czasu, zła forma. W tym roku zauważyliśmy, że 17 procent osób, które opłaciły start, nie pojawiło się w Półmaratonie Gdańsk. Finiszerów było 2,5 tysiąca, a więcej było na liście startowej. Doszukujemy się różnych przyczyn, wśród których jedną mogły być niekorzystne prognozy pogody. W dniu zawodów było piękne słońce. Trochę dokuczał wiatr, ale było ciepło. Przed pandemią ten półmaraton finiszował w hali (Międzynarodowe Targi Gdańskie AmberExpo – przyp.). Teraz meta była na stadionie i uważam, że niezdecydowani sporo stracili, bo był to wyjątkowy finisz. Osób zapisanych, ale bez opłat, nie uwzględniamy. Ci, którzy nie uiszczą wpisowego w podanym terminie, to zazwyczaj jest niezdecydowany i nie startuje.

Biegi ultra to jednak inna specyfika, prawda?
To są imprezy dla trochę twardszych biegaczy, którzy mniej zerkają na uwarunkowania pogodowe. Zależności od pogody są mniejsze, niż w przypadku biegów ulicznych. Mieliśmy już taką edycję, że lało, a wręcz był deszcz ze śniegiem. Nie chciało się wychodzić z domu, a jednak ludzie wystartowali i frekwencja była nieznacznie mniejsza od zadeklarowanej na listach startowych.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mundial 2022. Sonda przed meczem Polska-Francja

Materiał oryginalny: Rafał Zakrzewski: Biegacz ultra jest trochę twardszy. Dla niego kapryśna pogoda nie jest odstręczająca ROZMOWA - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gdansk.naszemiasto.pl Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie