Słowiku, czy ci nie żal? W tym roku festiwal w Sopocie zablokowała pandemia, ale my z sentymentem wracamy do poprzednich edycji

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Słowiku, czy ci nie żal? Archiwum Polska Press
Koniec sierpnia to był zawsze słowiczy czas. Cała Polska zapadała wtedy na dziwną, gwiezdną gorączkę. Temperaturę ulicy podnosiło zawsze jedno pytanie: Kto i za ile w Operze Leśnej zaśpiewa? Bo można było lubić lub nie ten sopocki festiwal, ale trudno go było nie zauważyć.

Przez niemal pół wieku mieliśmy do czynienia z największym muzyczno-towarzyskim wydarzeniem polskiego lata. To tu występowały dla nas wielkie, zagraniczne gwiazdy. Takie, na jakie nas było w tamtym czasie stać: Charles Aznavour, Jose Feliciano, Demis Roussos, Boney M., czy wreszcie Whitney Houston i Elton John. To tu występowała też czołówka polskich piosenkarzy: Ewa Demarczyk czy Czesław Niemen. To tu Anna German zaczarowała widownię "Eurydykami tańczącymi", a Maryla Rodowicz - "Małgośką". Zresztą Marylę można już uznać za festiwalową weterankę, która na sopockim festiwalu występowała wiele razy, prezentując nie tylko fantastyczne piosenki, ale równie ciekawe stroje.

Hałaśliwy PRL-owski słowik

Zwłaszcza w czasach PRL sopocki słowik żył hałaśliwie. Na jedndym z pierwszych, sopockich festiwali królowała... niejaka Conchita Bautista, ognista, żywiołowa Hiszpanka, a jej przebój Sera El Amor śpiewała cała Polska przez wiele pofestiwalowych tygodni. Podobnie było z Tamarą Miansarową ze Związku Radzieckiego, która w 1963 roku w Operze Leśnej wyśpiewała sobie nagrodę piosenką "Pust wsiegda budiet sołnce". Potem dzieciaki długo jeszcze śpiewały na podwórkach "zawsze niech będzie słońce...".

W historii tej imprezy rozdano wiele Bursztynowych Słowików za mniej lub bardziej pamiętane do dziś piosenki. Ale trzeba uczciwie przyznać, że żadna z nich nie zrobiła takiej prawdziwej, międzynarodowej kariery na Zachodzie. Nie wyszła poza socjalistyczny blok.

Na początku był Szpilman, Władysław Szpilman - słynny pianista i kompozytor. To on wpadł na pomysł stworzenia międzynarodowego festiwalu piosenki nad morzem. Ale to nie Sopot był od początku sercem tej imprezy. Pierwsze trzy edycje odbyły się w hali Stoczni Gdańskiej. Dopiero czwarta zagościła w pięknych okolicznościach przyrody.

Chwile wzruszenia, śmiechu i strachu

I festiwal ruszył 25 sierpnia 1961 roku, ale wspomnień z tamtego czasu zachowało się niewiele. Pewne tylko jest to, że wówczas wygrała Irena Santor. Wielka dama polskiej piosenki, która dopiero zaczynała karierę. W nagrodę, jak sama wspominała, dostała poza statuetką, także 5 tysięcy złotych. Ale nie pamięta, na co je wydała. Z pierwszego festiwalu zachowała się też zabawna anegdota o dyrygencie leżącym na krzesłach. A było tak, kiedy publiczność nagrodziła prowadzącego festiwalową orkiestrę gromkimi brawami, ten szczęśliwy niezmiernie, zaczął się kłaniać widzom w pas. Robił to długo, przez kilka minut. Wreszcie chcąc się elegancko wycofać, zahaczył pośladkami o krzesła, które złożyły się niczym domino. A razem z nimi złożył się też dyrygent.

Nierzadko festiwalowy komizm mieszał się z dramatem. Nikomu nie było do śmiechu, kiedy podczas jednego z pierwszych festiwali zawalił się dach w Operze Leśnej. Na szczęście ofiar w ludziach i gwiazdach nie było.

102 urodziny Opery Leśnej: Zobacz gwiazdy, które występowały...

Dostawcą wielu anegdot z dawnych festiwali, jest wieloletni reżyser tej imprezy Jerzy Gruza. Kiedyś, jak wspomina, podczas próby ktoś podszedł do niego, mówiąc, że zespół wokalny, wspierający artystów, obchodzi właśnie jubileusz. I organizatorzy chcą artystom z tego zespołu wręczyć na scenie tort. Gruza się zgodził. Tort wjechał. Zrobiło się wzruszająco. Widownia wstała, zaśpiewała sto lat. A potem ktoś ze sceny zaproponował: "Może ktoś z państwa ma ochotę poczęstować się tortem, zapraszamy". To co się później działo, przypominało horror. Tłum ruszył na scenę i wpadł w to ciasto. Zrobiła się wielka, tortowa ślizgawka. Resztki kremu powbijały się w kable, mikrofony. Służba porządkowa nie dawała rady powstrzymać tej napierającej fali z widowni. Nawet wezwana milicja nie pomogła. A tu za dziesięć minut ma wystąpić kolejny artysta. Gruza dostał gęsiej skórki z nerwów, ale cała reszta festiwalowej ekipy rzuciła się do sprzątania sceny. Pomagała dyrekcja, księgowi, nawet muzycy. Trwało to 45 minut. A potem ten niezaplanowany show publiczność nagrodziła owacją na stojąco.

Każdy festiwal miał swoich ulubieńców. 1973 rok należał do Maryli Rodowicz i jej "Małgośki". 1977 rok był już Heleny Vondrackowej i jej "Malowanego dzbanka", a rok później rządziła Ałła Pugaczowa i jej "Wsio mogut koroli". Z występem Ałły wiąże się też anegdota. Jerzy Gruza wspominał jak weszła na scenę i się przeżegnała. Publiczność w Operze Leśnej zawyła z radości widząc ten gest. Władza przed telewizorami zsiniała ze złości. Pokazano to bowiem w polskiej telewizji. Wybuchł więc skandal. Gruza myślał, że to już koniec jego festiwalowej kariery. Ale skończyło się na dotkliwej dla niego karze finansowej. Cała afera rozeszła się po partyjnych kościach.

Kapryśne gwiazdy

Zawsze jednak najbardziej ekscytowały wielkie gwiazdy festiwalu. A po czym je wtedy w Polsce poznawano? Po kaprysach. Im więcej gwiazda kaprysiła, tym więcej była warta. W 1979 roku cała Polska zachorowała na Demisa Roussosa. Od morza do Tatr śpiewano jego "Goodbye my love goodbye". Ulica huczała od plotek. Wymyślano, że Demis zażądał łóżek wodnych w hotelu i to w dodatku okrągłych. Ale to nie była prawda. Piosenkarz chciał tylko pokoju z klimatyzacją, co w tamtym czasie też nie było łatwo. Żeby mu dogodzić, do pokojowego hotelu wstawiano wiadra z lodem, który miał schładzać powietrze. To była klimatyzacja made in Poland. Mówiono też o helikopterze, który miał go przywieźć z Grecji do Polski i o niebywałej limuzynie, która go wiozła z lotniska do hotelu, a potem do Opery Leśnej.

Jego koncert udał się nadzwyczajnie. Demis zatańczył z prowadzącą festiwal Ireną Dziedzic i wprawił w zdziwienie strojem, tuniką i białymi kozakami. Było co wspominać. Po latach, kiedy organizatorem festiwalu była już stacja TVN, Roussos został ponownie do Sopotu zaproszony. Ale dawnego czaru nie udało się wskrzesić.

W 1979 roku, na festiwalu wystąpił również zespół Boney M. Ponieważ koncerty gwiazd prezentowano w telewizji wtedy z opóźnieniem, cenzura nakazała wyciąć z retransmitowanego koncertu "Rasputina", czyli jeden z ich największych przebojów. Chodziło o to, żeby "Rasputinem" nie narazić na szwank mocnej wówczas przyjaźni polsko-radzieckiej.
Festiwal 1984 roku przeszedł do historii koncertem małego wielkiego artysty, jak mówiono o Charlesie Aznavourze. Był wówczas jedną z największych europejskich gwiazd, a jednak podczas jego koncertu sopocka publiczność gremialnie wychodziła. O co chodziło? Otóż namieszała Czeszka, która przedłużyła swój występ na scenie bisami, których domagała się publiczność. Aznavour szalał za kulisami ze złości. Czas leciał, a on nie mógł zacząć koncertu. Ale nie samo opóźnienie było dla niego najgorsze, jak się potem okazało. Kiedy już wszedł na scenę rozkręcając się ze śpiewaniem, publiczność zaczęła gremialnie się podnosić i wychodzić. Dopiero po koncercie artyście wytłumaczono, że ludzie chcieli zdążyć na ostatnią kolejkę. Bo potem nie mieliby się jak dostać do domu. Takie to były czasy.

Czytaj także

Lata 90. to już był festiwal po nowemu, chociaż czasami ze starym bałaganem. W 1996 roku prawdziwie po królewsku potraktowano w Sopocie grupę Kelly Family. Młodych, powiązanych rodzinnie piosenkarzy, odprawiono w samolocie na lotnisku niczym głowy państw. Pod same schodki podjechał bus, który ich miał zawieźć do hotelu. Po drodze dwie nastolatki chciały się rzucić pod koła, żeby tylko móc na chwilę zatrzymać swoich ulubieńców. Ale prawdziwa jazda z nimi zaczęła się w Operze Leśnej podczas próby. Kelly Family zażyczyło sobie... oczyszczenie widowni z publiczności i dziennikarzy. Opornych ochrona szczuła psami.

No, a potem było to słynne "Houston mamy problem" i Whitney na koncercie (1999 rok). To specjalnie dla niej z Niemiec sprowadzono dmuchawy, żeby artystka miała na scenie temperaturę, jaką w kontrakcie zapisano. Do historii już przeszedł jej pierwszy chuch, kiedy tylko pojawiła się na scenie. Organizatorzy zamarli ze strachu - wystąpi, nie wystąpi? Wystąpiła, w dżinsach i wełnianym płaszczu, co potem komentowano jak Polska długa i szeroka, że taka gwiazda, a tak "dziadowsko" ubrana. Część polskiej publiczności czuła się tym strojem nawet znieważona. Późniejsze gwiazdy jak: Ricky Martin, Brian Adams, Chris Rea, Lionel Richie, czy Elton John już z kaprysami nie szalały. Ale pozostało po nich fantastyczne wspomnienie.
Obok gwiazd śpiewających festiwal sopocki stworzył też swój poczet gwiazd prowadzących.

Nie brakowało improwizacji

Krzysztof Materna wielokrotnie był konferansjerem w Sopocie. Zwłaszcza jedną historię wspomina z dreszczykiem (1985 rok). Jego partnerką sceniczną była Bogumiła Wander. Gwiazdą festiwalu miał być Sal Solo z zespołem. Kiedy już przyszło do zapowiedzenia jego występu, Materna stojąc jeszcze za kulisami usłyszał, że Solo nie wystąpi, ani solo ani z zespołem. Jego muzycy pokłócili się z menedżerem o pieniądze.

Czytaj także

- Za kulisami toczyła się prawdziwa batalia - wspomina Materna. - Skakali sobie do oczu. A publiczność już nerwowo czekała. Po dobrej chwili okazało się, że muzycy jednak zagrają, a menedżer zapłaci im przed koncertem, tak jak się umawiali. Ale sam występ mógł się dopiero rozpocząć za 40 minut. Coś trzeba było w tym czasie zrobić. Ale co? Rzucić konferansjerów na pożarcie. Bogumiła Wander odmówiła wyjścia z nerwów. Ale nie Materna. Wpadł na pomysł, żeby zabawiać widownię, prowadząc wywiady z siedzącymi ludźmi w Operze. Wtedy już były telebimy. Kamerzysta wyławiał z tłumu jakąś twarz i robił jej zbliżenie. Pech chciał, że wyławiano samych dygnitarzy. A to jakiegoś wojewodę, który się jąkał, że jego to nie bawi, a to innego, politycznego kacyka, siedzącego z narzeczoną, której... żona jeszcze nie poznała. Publiczność zwijała się ze śmiechu. Materna napocił się przez te 40 minut jak mysz, Zszedł ze sceny lżejszy o kilogram ale szczęśliwszy, bo miał swój długi show.

Fenomenem festiwalowej konferansjerki byli Irena Dziedzic i Lucjan Kydryński. Prywatnie nie przepadali za sobą. Ale na scenie nie było wtedy od nich lepszej pary. Ale i tu organizatorom festiwalu zdarzało się eksperymentować. Raz w roli zapowiadacza wystąpił dyrektor wydziału kultury innym razem reżyser Jacek Bromski. Zapowiadały też aktorki i aktorzy: Elżbieta Czyżewska i Lucyna Winnicka czy Edmund Fetting i Stanisław Zaczyk. Kilka razy na deskach Opery Leśnej wystąpiła Grażyna Torbicka, raz nawet w duecie z mamą, Krystyną Loską.

Wyjątkowa ubiegłoroczna edycja

Dziś tamtego festiwalu już nie ma. A Bursztynowy Słowik po latach przechodzenia z rąk do rąk różnych organizatorów, zatrzymał się na nazwie Top of the Top Sopot Festival. Na jego kolejnych edycjach pojawiała się mieszkanka gwiazd polskich i zagranicznych. W ubiegłym roku gwiazdami festiwalu były m.in. Bonnie Tyler, Jennifer Paige, Diana King i Maggie Reilly. Prawdziwie gwiazdorski mix stworzyli na tym ostatnim festiwalu polscy wykonawcy m.in: Perfect, Agnieszka Chylińska, Kayah, Maryla Rodowicz czy Michał Szpak. Była to ciekawa edycja, bo rozszerzona do czterech dni koncertowych, nie tylko z konkursem międzynarodowym o nagrodę Bursztynowego Słowika. Ale podczas ostatniego dnia, na scenie Opery Leśnej wystąpiły gwiazdki najmłodszego pokolenia. Te, które w ostatnim czasie miały najwięcej odsłon swoich piosenek w mediach społecznościowych. Z jednej strony mieliśmy więc koncert po hasłem Forever Young z gwiazdami, które przeżywają drugą, a nawet trzecią młodość, a z drugiej prawdziwą świeżość pod hasłem Young Choice Awards z najmłodszymi królowymi polskiego internetu: Roksaną Węgiel, Viki Gabor czy Zuzą Jabłońską.

W swojej długoletniej historii festiwal piosenki w Sopocie nie odbył się kilka razy, m.in. w stanie wojennym, potem w 2015 roku, kiedy zabrakło chętnego do organizacji. A w tym roku festiwal odwołano przez pandemię. Czy pojawi się w przyszłym? Zwłaszcza, że byłaby to jubileuszowa edycja, bo sam festiwal obchodziłby wówczas 60 lat.

Wideo

Materiał oryginalny: Słowiku, czy ci nie żal? W tym roku festiwal w Sopocie zablokowała pandemia, ale my z sentymentem wracamy do poprzednich edycji - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3