Zuzanna Myszka: Mam niestacjonarnego męża. Do sportu podchodzimy bez zbędnej presji. Zwycięstwa i przegrane bierzemy na spokojnie

Rafał Rusiecki
Rafał Rusiecki
Żeglarz Piotr Myszka z żoną Zuzanną i dziećmi
Żeglarz Piotr Myszka z żoną Zuzanną i dziećmi archiwum rodzinne
O życiu ze sportowcem, który realizuje się w różnych częściach świata, o nauce płynącej z igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro, które zakończyły się dla Piotra Myszki na czwartym miejscu w klasie RS:X, o znakomitych regatach męża w Tokio oraz o najbliższej przyszłości, która znów może wprowadzić wielkie zamieszanie w rodzinie, rozmawiamy z Zuzanną Myszką, psycholożką, a prywatnie żoną reprezentanta Polski na igrzyskach w Tokio 2020.

Stresuje się pani przed sobotnim wyścigiem medalowym, od którego zależy, jakie miejsce na igrzyskach olimpijskich w Tokio zajmie mąż?
W sumie, to tak. Powiem jednak, że ten stres jest taki falowy. Właśnie skończyłam rozmowę z Piotrem i widzę, jak on do tej sytuacji podchodzi. Wiadomo, że to są już któreś jego bardzo ważne zawody. Podchodzi więc do tego bardzo spokojnie. Dla mnie w tym momencie to też duża ulga.

I co pani powiedział?
Mamy już wypracowany swój styl komunikacji podczas takich ważnych zawodów. Rozmawialiśmy w ten sposób także przed Rio (Piotr Myszka podczas igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku debiutował na tej wielkiej imprezie - przyp.) i kiedy porównuję te dwa występy Piotra, to ten jest zdecydowanie spokojniejszy. Powiedział, że dzisiaj (rozmawialiśmy w piątek, 30 lipca - przyp.) odpoczął, wyspał się i najadł. Generalnie jest gotowy, żeby powalczyć. Zawsze jednak podkreśla, że nie wszystko od niego zależy. Zależy mu bardzo na dobrym wyniku, ale wiadomo, że może się to różnie potoczyć.

W Rio de Janeiro bronił trzeciego miejsca przed wyścigiem medalowym, a teraz w Tokio będzie musiał atakować w tym decydującym wyścigu z czwartego miejsca.
To nowa sytuacja. Wtedy ta presja była bardzo duża. Szczególnie, że w 2016 roku miał medal mistrzostw świata. Jego oczekiwania były większe i nie chodzi tutaj o presję osób z zewnątrz. Teraz jest bogatszy o to, co przerobił w Rio, że do ostatniego momentu trzeba zachować spokój.

Wyścig medalowy rozpocznie się w sobotę o godz. 8.33 czasu polskiego, więc nie trzeba będzie zarywać nocy. To chyba też duży plus?
Oj tak, chociaż w naszym przypadku te noce od paru dni są dość takie słabe. Śledzimy te kluczowe rozstrzygnięcia.

Nie sposób nie wrócić do Rio de Janeiro. Tam skończyło się na czwartym, chyba najgorszym dla sportowca, miejscu. W Tokio to miejsce Piotr może jeszcze poprawić. I to jest budujące.
Tak. Piotr tę sytuację już przeżył i nie wraca do niej. To coś, co się wydarzyło. Śmieję się, że skoro przeżyliśmy Rio, to chyba przeżyjemy już wszystko. Wtedy były rzeczywiście zawiedzione oczekiwania, swoje własne przede wszystkim. Podchodziliśmy do tego, jak wszyscy zawsze, czyli na zasadzie, że medal musi być. Dziś już tak nie myślimy. Pięć lat później wiemy, jak to wygląda i mamy dużo większy spokój.

A jak dzieci w domu to przeżywają?
Różnie, bo mamy dzieci w różnym wieku. Dzieci pomagają trochę, bo jest dużo pracy przy nich. 12-latek w środę wrócił ze zgrupowania, bo też pływa na desce i teraz jedzie na "Puchar Małych Żagli" do Pucka. Wyjeżdża z klubu dokładnie o 8.30 w sobotę, więc jeszcze muszę go dowieźć na miejsce. Wszystko na zakładki. Dzieci są przyzwyczajone do tego, że tata bierze udział w regatach, ważnych zawodach i wiedzą, że się ściga, ale rangi raczej nie czują tak do końca.

To, że Piotr może realizować się sportowo, to lata wyrzeczeń także z waszej strony. Wiadomo, że windsurfing na światowym poziomie to ściganie się w ciepłych miejscach globu, a Polska do takich nie należy.
Zdecydowanie tak. To wyrzeczenia, ale ja też z mężem się nie nudzę. To też jakiś plus, że dostarcza nam takich emocji. Mogę też powiedzieć od siebie, że ode mnie powinien dostać medal także za to, że o nas jednak nie zapomniał. Wiem, że różnie bywa, jeśli chodzi o gonienie swoich marzeń. Są osoby, które tak się na tym skupiają, że rodzina gdzieś tam ginie. A my nie czujemy się porzuceni. Nie ma więc rozgoryczenia wynikającego z tego, że tak często go w domu nie ma. Wydaje mi się, że fajnie, że jest człowiekiem spełnionym. Realizuje się. Myślę, że to dobra sytuacja.

Innymi słowy dajecie sobie możliwość stęsknienia się za sobą?
W sumie to tak jest. Śmieję się, że to taki mąż niestacjonarny. Nie znamy się z innej wersji, bo w sumie jesteśmy ze sobą 20 lat, czyli połowę naszego życia. Tak naprawdę nigdy nie byliśmy dłużej, niż parę miesięcy ze sobą. A dzieje się tak, kiedy po igrzyskach jest okres roztrenowania. Nauczyliśmy się tak funkcjonować i faktycznie chyba przez to ten związek jest młodszy.

Oglądamy igrzyska w Tokio, na których nie ma kibiców. Skupiamy się na przekazie medialnym. W internecie jest dużo komentarzy zero-jedynkowych. Jest duży hejt na polskich sportowców, którzy zajmują miejsca dalekie od podium. Jak się pani na to zapatruje?
Sama nie jestem sportowcem, ale amatorsko uprawiam triathlon. Zawsze, kiedy kończę udział w zawodach, to wtedy mąż staje się dla mnie jeszcze większym autorytetem. To samo tyczy się odbioru każdego innego sportowca. Myślę, że nie jesteśmy w stanie tego powstrzymać. Trochę chyba nie rozumiemy w ogóle, z czym się mierzymy. Wydaje mi się, że żyjemy teraz w świecie, w którym za wszystko zawsze dostajemy medale. Tak samo wychowujemy teraz dzieci, które dostają dużo nagród, a mają mało porażek i frustracji. Porażek w ogóle nie lubimy. Mam wrażenie, że to będzie narastać. Nie rozumiem takich nieprzychylnych komentarzy od osób, które dany sport uprawiały. Nie rozumiem, dlaczego nie podtrzymują tej motywacji i nie podziękują za wyrzeczenia, które dany sportowiec ma za sobą. Radzimy sobie z tym. Piotr dobrze sobie z tym radzi. Byliśmy w miejscu, kiedy było bardzo duże zainteresowanie i wtedy wszyscy klaszczą. Byliśmy też w miejscu, kiedy była porażka i wtedy zostaje się z nią samemu. Wtedy liczą się najbliżsi. Pamiętam, że po Rio jednym z najważniejszych punktów dla Piotra było to, kiedy ja z moim znajomymi zjawiliśmy się na lotnisku. Powitaliśmy go oklaskami, jak zwycięzcę. Wyszło to spontanicznie. Znajomi gratulowali mu tego czwartego miejsca. Myślę, że jako Polacy musimy się uczyć doceniania wkładu tej ogromnej pracy.

W przypadku Piotra jest istotne chyba to, że nie był w gronie tych murowanych faworytów do medalu. Owszem, od lat bije się o najwyższe lokaty, ale w Tokio pozytywnie nas wszystkich zaskoczył po raz kolejny.
Przez covid-19 nie było regularności zawodów. W żeglarstwie w ogóle jest ciężko znaleźć takich murowanych kandydatów do medali. Strasznie dużo czynników ma wpływ na wynik. Tak, jak w Rio, czasem też wiatr może się "skończyć". Teraz nawet się z tej sytuacji trochę cieszyliśmy, bo był spokój. Piotr wiedział, co zrobił i jaką pracę wykonał. Zmierzył się z rywalami na Pucharze Świata i wiedział, że ma od nich większe doświadczenie. Nie jest przy tym taki zero-jedynkowy, że ten medal musi być. Myślę, że w ten sposób wypracował sobie dużą przewagę mentalną.

Nie wiemy, co wydarzy się w sobotę. Życzymy wiatru w żagle, medalu i przejścia do historii sportu polskiego. Wiemy może jednak, co dalej? Igrzyska w 2024 roku są w Paryżu. Piotr zawsze podkreśla, że konsultuje wszystko z panią. Czy będziecie chcieli to kontynuować?
Absolutnie nie robimy planów poza Tokio. Faktycznie, w sobotę czeka nas taki punkt zwrotny. Chodzi o nasze plany, o naszą rodzinę. Co dalej? Nie wiem. Wiem, że wchodzi nowa klasa, która jest mniej wydolnościowa (klasę RS:X zastąpi w 2024 roku iFoil Starboard - przyp.). Oznacza to, że starsi zawodnicy będą mogli także na niej pływać. Nie wiem, czy pan wie, że w klasie Nacra 17 czwarty w tej chwili jest 60-letni Argentyńczyk (Santiago Lange - przyp.). Śmiałam się więc z Piotrem, że jeszcze 20 lat ścigania przed nim. Nie mam pojęcia, co mój mąż wymyśli. Zobaczymy, poczekamy. Osobiście nawet mu zazdroszczę, że to życie mu się tak ułożyło, że może takie rzeczy robić. Z drugiej strony jednak wiem, że ta cała presja "siedzi" na nim i trzeba wyjść i zaryzykować. A kiedy coś nam nie wyjdzie, możemy być poddani ogromnej krytyce. Tę krytykę trzeba wytrzymać, a nie zawsze się to udaje.

Widzimy to po raz kolejny. Duże nazwiska z polskiej reprezentacji olimpijskiej, po nieudanych występach, muszą tej krytyce stawić czoła. Liczymy, że to ominie Piotra i finisz olimpijski będzie piękną wizytówką naszego żeglarstwa.
Bez presji, ale wiadomo, że na końcu i tak liczą się medale. Nauczyliśmy się podchodzić do tego, że jak jest sukces, to trzeba zachować spokój, a kiedy jest porażka, to tym bardziej trzeba działać spokojnie.

SPORTOWY24.PL - rozmowa z Joanną Fiodorow

Wideo

Materiał oryginalny: Zuzanna Myszka: Mam niestacjonarnego męża. Do sportu podchodzimy bez zbędnej presji. Zwycięstwa i przegrane bierzemy na spokojnie - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie